środa, 31 października 2012

podsumowanie października

Koniec miesiąca, więc wzięłam się za zgrywanie zdjęć z aparatu. I szok! Pobijam własne rekordy. Ostatnio myślałam, że już więcej jak 500 zdjęć to nie mogę zrobić. Bilans z października: 750..... Ale  mam coś na swoje usprawiedliwienie. Pojawił się Witek, więc automatycznie powstaje więcej zdjęć. Średnio 250 zdjęć na kocią głowę. Ale żeby nie było, że jestem taka już totalnie zakręcona na punkcie kotów, to powiem, że jest kilka zdjęć z naszych spacerów ;-) 

Zdjęcia z niedzielnego spaceru, kiedy jeszcze było ciepło, słonecznie i śnieg nie leżał ;-) Z ręką na sercu powiem, że zdjęcie było robione z myślą o uwiecznieniu jesiennych łąk. A jak ktoś na tym zdjęciu widzi kota, to jest tak samo skrzywiony psychicznie jak ja :D 


Kot nie był brany pod  uwagę, ponieważ siedział w zaroślach i nie widziałam go. Tak, tak, JA go nie widziałam, chociaż ci, którzy mnie znają, mogą w to nie uwierzyć ;-)

Oczywiście zaraz podążyłam obiektywem za owym Jegomościem i zdążyłam pstryknąć mu zdjęcie, zanim uciekł.


Nie wiem kto był bardziej czyją obecnością zaskoczony, czy kot naszą, czy my kota. "Pe" zapytał mnie, jak ja to robię, że zawsze i wszędzie wypatrzę kota. Odpowiedź jest prosta: jak masz wszystkie radary nastawione na konkretny bodziec, to nie ma takiej możliwości, żeby ów bodziec umknął uwadze. Już nie mówiąc, że tym razem, wyjątkowo kot sam się wepchał przed obiektyw...

A co robią moje osobiste bodźce???
Brykają. I to tak, że niedługo chodnik na przedpokoju będzie się unosił pod sufit, już mu niewiele do tego brakuje :) Czy ja przypadkiem kiedyś nie pisałam, jakie to mam grzeczne kotki, które idą spać wtedy, kiedy Ludzie??? Dyziek po kastracji się zmienił w innego kota!!! Podskakuje tak, jakby nie ważył 7 kg. Może faktycznie te jąderka mu tak ciążyły?? :P Psychicznie na pewno! Witek dodatkowo go rozruszał, w końcu Dyziu nie może odstawać. Tylko biedna Tosia nie może spać, bo musi tych dwóch pilnować. A tak przy okazji skojarzył mi się zwrot "tych dwóch" z tymi, co kiedyś ukradli księżyc. Czy dobrze pamiętam, że też byli rudzi???


wtorek, 30 października 2012

godzina zero

Nadeszła godzina zero. Koty rozpoczynają swoje brykanie. Kiedy Duzi się kładą, koty zaczynają zabawy, gonitwy i podchody.

Kot jak wchodzi do pokoju, jest niemal nie do usłyszenia dla ludzkiego ucha. Jak biega, tupie jak słoń. Jak po przedpokoju biegają trzy koty, to tak jakby przebiegało stado słoni ;-)

Więc koty sobie biegają, gonią się, mruczą na siebie, przeskakują się, wchodzą z poślizgiem w zakręty, przesuwają dywany, chowają się, skradają, czają na siebie, uderzają głowami o ramę mojego łóżka.... A ja idę spać :D

Na dobranoc szeryf tego bractwa: TOSIA






poniedziałek, 29 października 2012

zima za oknem

Wszyscy komentują październikowy atak zimy. Nie chcąc odstawać od ogółu, skomentuję i ja ;-)

Nie cieszy mnie śnieg. Nie ważne czy spadnie w październiku, grudniu czy maju. Ale jak już musi padać, to niech pada w grudniu, najlepiej się komponuje z choinką, świętami i prezentami. A ja i tak za nim nie przepadam ;-) Tyle w kwestii śniegu.

Koty śpią, a październikowy śnieg jest im całkowicie obojętny. Jedynie Witek wykazał pewne zainteresowanie spadającymi z góry płatkami. Ale on to ogólnie jest straszny okienny gapcio, więc interesuje go wszystko co dzieje się za szybą.



Mam jednak nadzieję, że zima zorientuje się, że jeszcze nie czas na jej panowanie i się opamięta ;-)


niedziela, 28 października 2012

kot na wysokości

Od czasu, kiedy w naszym domu zamieszkał Ragdoll i Maine Coon, odzwyczaiłam się od tego, że kot może zdobywać najwyższe meble. Są to rasy kotów dużych i ciężkich, przynajmniej takie jest założenie. Tosia jak na swoją rasę jest dosyć drobna i zwinna, dlatego czasami śpi na szafie. No i raz chodziła po krawędzi drzwi ;-) Natomiast Dyziu raczej nie wybiera się na wysokości, nie dość, że jest dosyć ciężki, to bywa niezgrabny. Nie dla niego są wysokie meble.

Z przyjściem do domu Witka na nowo przyzwyczajam się, że kot biega nawet pod sufitem (dosłownie!). W moim pokoju znajduje się regał z książkami, który sięga do sufitu. Witek oczywiście postanowił go zdobyć. Jak tylko łapki przestały go boleć, ruszył na szczyt. Zdobywanie wysokiego regału przyszło mu wyjątkowo łatwo ;-)



Witek powycierał wszystkie kurze, pajęczyny i zszedł na dół. Najwyżej położone miejsce w mieszkaniu zostało zdobyte.



Wskoczenie na niższą półkę, także nie stanowiło dla Witka problemu. Wszystkie drobne rzeczy, które w tym miejscu leżały musiałam schować, bo stanowiły świetną zabawkę dla kota ;-)


czwartek, 25 października 2012

nasza wspólna praca

Koniec kwarantanny ucieszył wszystkich, ale chyba najbardziej Dyzia. Wreszcie wrócił do swojego ulubionego pokoju ;-)

Dzisiaj cały dzień śpi u mnie na stole, na moich książkach i notatkach. Baaardzo szczęśliwy.


A gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie??? Zapowiada się, że będę miała dwóch pomocników.




No i nowy przyciskacz do papieru ;-)



środa, 24 października 2012

dwa kocury pod jednym dachem

Ja to zawsze czymś się muszę stresować. Wiem, że za bardzo to przeżywam, ale chciałabym żeby wszystko było dobrze. A na razie się na to nie zapowiada.

Już się cieszyłam, że wszystko idzie pomyślnie. Dyziu po udanej kastracji, Wituś wyleczony. Miało być już tylko lepiej. I od wczoraj jest  średnio. A mianowicie Wituś chyba zaczął ustalać hierarchię. Tośka się nie dała, nadal jest szeryfem bandy, ale Dyziu jakoś się nie umie postawić. Witek go atakuje. Nie są to ataki agresywne, nie ma warczenia i kładzenia po sobie uszu, ale i tak mi się to nie podoba. Skacze na Dyzia od tyłu i łapie go za kark.

Niech mi ktoś mądry powie, ktoś kto miał dwa kocury pod jednym dachem, czy to jest normalne i przede wszystkim czy minie????

Bo ja już mam czarne wizje....

A zapowiadało się, że chłopaki się dogadają, zakumplują i razem będą się bawili



poniedziałek, 22 października 2012

kastracja

KASTRACJA to straszne słowo. Ale dla kotów domowych i ich właścicieli to najlepsze rozwiązanie. I nie mówię tu tylko o zapachu moczu, który staje się męczący, ale o ogólnym funkcjonowaniu zwierzaka.

Kastracja u kocurów jest mniej inwazyjnym zabiegiem niż sterylizacja u kotek. Polega na chirurgicznym usunięciu jąder i kotek szybko wraca po tym zabiegu do zdrowia. Standardowo kastrację przeprowadza się między 6. a 9. miesiącem życia, zanim kocurek zacznie znaczyć teren. Nasz Dyziu skończył już 16 miesięcy, więc był kastrowany stosunkowo późno. Niestety choroby, jakie po drodze przechodził, uniemożliwiały przeprowadzenie zabiegu. Poza tym bywa tak, że koty rasowe dłużej dojrzewają płciowo, więc u nich zabieg wykonuje się później. Najlepiej indywidualnie konsultować poszczególnego kotka z weterynarzem, on najlepiej oceni czy kot jest gotowy do zabiegu. Mieliśmy szczęście, ponieważ Dyziu nie znaczył terenu. Ufff ;) Jedynie z kuwety wydobywał się charakterystyczny zapach kociego moczu. No i był niespokojny, marudny.

Sam zabieg trwa dosłownie moment, jakieś 10-15 minut. Niedługo po zabiegu Dyziu został wybudzony. Lekarz poinformował nas, że nie ma żadnych szwów, ranę kotek sobie wyliże i tyle. W porównaniu ze sterylizacją kotki, zabieg jest mniej kłopotliwy. Nawet nie trzeba jechać na wizytę kontrolną, jeżeli nic niepokojącego sie nie dzieje.

Całe popołudnie po zabiegu Dyziu był śnięty. Niby przytomny, ale taki nieobecny. Chodził po domu jak pijany. Dyziu nie ma nawyku skakania po meblach, więc i po narkozie nie brykał, nie musieliśmy go nadmiernie pilnować.


Dyziu siedział osowiały, nie wiedział co się koło niego dzieje. Następnego dnia rano było już lepiej. Dyziu był bardziej kontaktowy. Reagował na to, co się dzieje w jego otoczeniu. Ale nadal był osowiały, nie jadł. Po paru godzinach doszedł do siebie. Chodzi po mieszkaniu, pije i trochę je. Przysypia. Zaczął się interesować Witkiem, dotarło do niego, że Obcy jest na wolności. Chodzi za nim krok w krok. Trochę się go boi, jest nieufny i nie reaguje na zabawowe zaczepki Witka. Tylko obserwuje.



Tak Dyziu siedział na przedpokoju i nie czaił co się dzieje. Już nie mówiąc o tym, że chodził jak pijany.

Tosia wyczuwała, że dzieje się coś dziwnego i pilnowała Dyzia.



Kiedy Dyziu leżał na środku pokoju, Tosia postanowiła okupować transporterek. Chyba pozazdrościła chłopakom częstych wycieczek ;) Jakby nigdy nic wyłożyła się do spania.



Kiedy Dyziu leżał, Witek mógł sobie powąchać na spokojnie ;-)






A tutaj zapoznawanie. Oczywiście zaraz po tym momencie nastąpiło syczenie, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto w tym domu rządzi ;-)




niedziela, 21 października 2012

szalony tydzień

Jestem świadoma moich blogowych zaległości, ale od wtorku dni przeminęły mi błyskawicznie. Oczywiście w większości to były sprawy kocie ;-)  Badania, kastracja, kocie zapoznawanie się i najważniejsze.... Rudy otrzymał imię. A to, że ma imię, może oznaczać tylko jedno. Pewnie wiecie, co takiego ;-) Ale po kolei...

W środę Rudy pojechał do Pana Doktora na przegląd. Łapki już prawie całkiem się zagoiły. Uszy wyleczone, jeszcze tylko maść profilaktycznie przez ponad tydzień. Gdyby był na czczo można by było zrobić badania, ale taki żarłok, jadł cały dzień ;-)

Tak więc, w piątek czekała nas kolejna wizyta. Pan Doktor powiedział, że na badanie krwi wchodzimy bez kolejki, co spowodowało, że pewna pani w kolejce była wielce zbulwersowana ;-) Rudy podczas wizyty był dosyć grzeczny, dał sobie pobrać krew. Wynik testu na białaczkę mieliśmy od razu. NEGATYWNY. Ale kwarantanna nadal trwa, bo trzeba było zaczekać na wyniki morfologii. Rudy w drodze do lekarza trochę obtarł  nos, ponieważ walczył z transporterkiem. Chyba bardzo nie lubi jeździć samochodem. Szaleje okropnie.

W sobotę znowu odwiedziliśmy Pana Doktora. Tym razem pojechaliśmy z Dyziem, na umówioną kastrację. Pan Doktor ogłosił nam, że mamy wystrzałowo zdrowego kota. To o Rudym tak powiedział ;-) Odetchnęliśmy z ulgą. Kotek jest zdrowy!!! Teraz tylko trzeba mieć nadzieję, że wszystkie koty się dogadają. Rudy otrzymał imię Witek.

Chciałam wszystko zbiorczo teraz opisać, ale wyszłoby tego jednak za dużo, więc myślę, że zrobię osobne posty. Na chwilę obecną Dyziu nadal dochodzi do siebie po narkozie. Witek zwiedza mieszkanie i bawi się każdą napotkaną kocią zabawką, a Tosia cały czas ma oko na Nowego i od czasu do czasu informuje go, że to ona rządzi w tym domu. Hierarchia musi być ;-)

Żeby nie było tak bardzo nudno, zamieszczam zdjęcie, jak koty pierwszy raz siedziały razem w jednym pokoju. Szczegółowa relacja z wieczorku zapoznawczego juz niedługo ;-)






wtorek, 16 października 2012

lustereczko powiedz przecie

Już jakiś czas temu postanowiłam odnowić moje drewniane lusterko. Miałam je jakoś pomalować, ale ostatnie wydarzenia trochę mnie rozproszyły, teraz mam różne zajęcia i mało czasu, więc lusterko musi poczekać w obecnej formie. Wierzchnia warstwa, która była już dosyć brudna, została zeszlifowana papierem ściernym, w czym pomagały oczywiście kociaste. Zwłaszcza Dyziek bardzo się udzielał w tej czynności.


Bardzo dużo Pańci pomagałem przy tym pudełku. Kurzyło się strasznie, aż mnie zaczęło kichać. Kiedy już skończyliśmy, do pracy dołączyła Tosia, ale ona tylko oceniła rezultaty pracy, leniuch jeden nic nie pomagał!!

To ja pchałem wszędzie nochala i to ja podawałem Pańci papier ścierny. A to było bardzo odpowiedzialne zadanie, bo papieru były dwa rodzaje i musiałem podawać ten odpowiedni ;-)



A teraz pudełko-lusterko stoi na stole u Pańci i ja sobie tam od czasu do czasu lubię zaglądnąć. Pańcia zamyka je przede mną, ale czasami się zdarza, że sobie zapomni. Wtedy ja ruszam do akcji i szukam czegoś interesującego.



O!!! Jakie fajne koraliki! Pasują mi!!!


To ja sobie do zabawy pożyczę, póki Pańcia nie patrzy.


Oczywiście kradzież w porę została udaremniona ;-)



A tak wyglądam w lusterku. Nie da się zaprzeczyć...jestem najpiękniejszym kotkiem, jaki przeglądał się w tym lusterku!

poniedziałek, 15 października 2012

kocia załamka

Każdy przeżywa jakąś załamkę. Oszczędzę Was i o moich nie będę się tutaj rozpisywać. Oddam głos kociastym ;-)


TOSIA

O rany! Do szału doprowadza mnie ten Dyziek! Ciągle mi wkłada nos pod ogon! Nie wiem czego on tam szuka, ale mnie to wnerwia! Nawet bicie po głowie mu nie przeszkadza. Leję go regularnie i nic. Człowieki moje kochane! Apeluję! Weźcie w końcu tego Dyziaka wykastrujcie, może wtedy będzie święty spokój!!!!!!!!!! W dodatku Nowy zaczął skakać po meblach. Coś czuję, że da nam popalić ten łobuz. Ja nie ogarnę dwóch kocurków!


DYZIU

Sytuacja się nie zmienia. Mój ulubiony pokój nadal zamknięty przede mną. W pokoju siedzi jakieś marchewkowe czupiradło i się ciągle drze. Wisi na klamce, hałasuje i co najgorsze, zabiera mi moją Pańcię. Ja śpię na przedpokoju, a on śpi z moją kochaną Pańcią w łóżku. Ja tak nie chcę. Od dziś zaczynam się modlić. Nie wiem jeszcze do kogo, może do jakiegoś Wszechmocnego Kocurro, żeby zabrał to czupiradło z naszego domu!! Łapeczki do modlitwy złożone, teraz jakiś tekst trzeba wymyślić.....



MŁODY

Ten dom dobrze się zapowiadał. Przytulają mnie, pozwalają spać w łóżku. Jest wiele fajnych kocich legowisk. Dają dobre kocie chrupki. Mam fajne zabawki. Czasami mnie męczą maścią do uszu, ale to jest do przeżycia. Nawet myślę, że z tym wielkim kudłatym stworem zza drzwi się dogadam. Syczy na mnie, ale w gruncie rzeczy to cykor, bo posyczy, a potem i tak ucieka. Z puchatą będzie fajna zabawa, bo wydaje się bardzo sprytna. Tylko ta Dwunożna, z którą dzielę pokój zrobiła się nieznośna. Ciągle pstryka mi czymś oślepiającym w oczy. Już mam jej dość, tylko pstry, pstryk i pstryk.


sobota, 13 października 2012

OBCY w łóżku

Dzisiaj znowu o Rudasku. Pewnie jestem monotematyczna, ale kotek mieszka ze mną w pokoju i cały czas jesteśmy razem. Jesteśmy na siebie skazani ;-) Oczywiście Tosia i Dyziu nie są zaniedbywani, więc się o nich nie martwcie.

Wczoraj Rudasek ożył, biegał za piłeczką. Już chyba coraz mniej tęskni i lepiej się czuje. Łapki już tak nie bolą. No i bardzo dużo je :-)

Tak wylegiwał się dzisiaj na moim łóżku. Przecież każdy kot to niezły leniuszek ;)


Kocina jest strasznie przymilna, często mruczy i cieszy się na widok człowieka. No i kombinuje, kombinuje i kombinuje, żeby zwiać z pokoju. Najbardziej mnie śmieszy, jak wisi na klamce. Aparat mam w pogotowiu, więc może w końcu uda mi się uchwycić ten moment ;-) Dzisiaj przez uchylone drzwi obserwował się z Dyziem. Dyziek na początku trochę na niego syczał, ale po chwili odpuścił.




Łapki goją się pięknie, za parę dni nie będzie śladu po otarciach ;-)


Obiecuję, że następny post będzie o Tosi i Dyziu ;-)

piątek, 12 października 2012

Rudasek

Nie da się ukryć, że drugi dzień z rzędu całkowicie pochłania mnie Rudasek. Wczoraj wzięliśmy kociaka do lekarza. Diagnoza: świerzb i stan zapalny łapek, dokładnie miejsc między pazurami. A jeszcze dokładniej to miejsc, które zostały po pazurach. Ale oszczędzę Wam tych szczegółów...

Moje postanowienie: nie angażować się emocjonalnie...nie angażować się emocjonalnie...nie angażować się emocjonalnie.



Rano, kiedy się obudziłam, Rude siedziało i patrzyło na mnie. Od razu się ucieszył, że już nie śpię. Ale ja, jakoś nie miałam siły na zabawy z kotem o 6:00, po czterech godzinach snu. Zamknęłam oczy. Usłyszałam hałas, jak otworzyłam oczy Rude wisiało już na klamce. Otworzyło sobie drzwi. Musiałam się podnieść. Przytaszczyłam Rude do łóżka. Zasnęło!! Grzeczny kotek.



Obudziłam się, bo zrobiło mi się coś ciężko. Na mnie leżał rudy kot. Trochę ciężki i ciepły ten kołnierz z kota. No i tak głośno mruczał mi do ucha. Dotykał zimnym i mokrym nosem. W takich warunkach nie da się spać.  Bardzo się ucieszył, że wreszcie się obudziłam. I jak tu nie angażować się emocjonalnie????

Rude zostało na dwie godziny samo. Skoro wykazał się umiejętnością otwierania drzwi, musiałam zamknąć pokój na klucz. Po moim powrocie zaczął głośno zawodzić (no jak można tak kotka samego zostawić?). I głośno mruczał. No powiedzcie, jak tu się nie angażować emocjonalnie?

Potem przyjaźń się skończyła. Rude mnie nie lubi. Najpierw wysmarowałam mu łapki maścią. Trzepania łapkami końca nie było. Potem poszła maść do uszu. Tutaj także udział brała moja mama, więc jakoś długo się nie gniewał na mnie. Ale wieczorne smarowanie łapek, to było już za dużo. Rude poszło spać pod łóżko. Z takim zdrajcą jak ja nie ma zamiaru się zadawać. Próbuję mu wytłumaczyć, że to dla jego zdrowia.

Tak się kończy drugi dzień z Rudym. Pani Doktor powiedziała, że Rudasek jest wykastrowany. Wiek między 2 a 5 lat. Tak go wpisała do komputera - "Rudasek".

A poza tym dwa "dobre" domki, które jako pierwsze przyszły nam na myśl, jako docelowe domki dla Rudaska, odmówiły. Nie chcą go. A nie chcą go, bo nie wiedzą, jaki to fajny kot!!!!!

A wniosek z dzisiejszego dnia jest taki: ja się nie nadaję na rodzinę zastępczą. Nie umiem wciskać kotów. Bo kota nie można wciskać. Posiadanie kota to nie jest kara, ani przykry obowiązek. Posiadanie kota to zaszczyt. Więc tamte "dobre" domki wcale nie były dobre. Nie zasługują na kota. I tyle.

No i dla fanów Tosi i Dyzia kilka słów. Jak Rude płacze pod drzwiami, to koty siedzą z drugiej strony i się zastanawiają, o co chodzi. Ale są raczej wyluzowane. Najbardziej żal mi Dyzia. On tak lubi mój pokój. A tu nagle jakiś Intruz cały dzień przebywa w jego pokoju. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczy ;-)

czwartek, 11 października 2012

opowieści rezydenta

To jest skandal!!!!
Moja Pańcia przytargała do domu jakieś stworzenie!
Małe to, o słodkiej mordce, ale mruczy prawie tak głośno jak ja.
Gdyby nie to, że jestem najlepiej pilnowanym kotem w całym mieście, to jak chrupki kocham, wyprowadziłbym się z tego domu!

Już mi się nie spodobało, że Pańcia nasze jedzonko poza dom wynosi. To było podejrzane. Bo niby kto jeszcze takie chrupki wcina??? Potem wróciła do domu z czymś na rękach, a druga Pańcia zamknęła nas w swoim pokoju. Takie ograniczenie wolności we własnym domu! Czy one nie wiedzą, że przed kotem żadnych drzwi się nie zamyka???

Przez szparę pod drzwiami widziałem, jak Intruz spaceruje po mieszkaniu. A my z Tosią zamknięci w jednym pomieszczeniu! Na szczęście Tosia też się zaniepokoiła i przez to zapomniała, że ma mnie zdzielić po głowie za ostatnie moje zaloty. Jednak nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Łazi on po naszym mieszkaniu, je nasze chrupki i co najgorsze, zabrał nam uwagę naszej Pańci.

Po jakimś czasie Obcy został zamknięty w pokoju, a nas wypuszczono na wolność. Oczywiście mamy swoją godność, udaliśmy, że reszta mieszkania nic a nic nas nie interesuje. Pierwsza, powoli i ostrożnie wyszła Tosia. Ja zaraz za nią. Zajęliśmy wartę pod drzwiami pokoju Pańci. Dodam, że to mój ulubiony pokój. Będę się za to gniewał na nią przez tydzień. Nie dość, że tego dnia mnie wzięła do lekarza coś ustalić, nie dość, że przyniosła jakieś stworzenie, to jeszcze odstąpiła mu mój pokój, gdzie mam drapaczek i hamaczek. Tego to już za wiele!!!

No i zamknęła się z tym stworzeniem w pokoju. Nie rozkładałem z nią łóżka, nie leżałem na podusi... Ona to mnie chyba już nie kocha....

Tak pełniliśmy wartę pod pokojem Pańci


Dzisiaj rano Obcy znowu spacerował po mieszkaniu. On jest niemożliwy, czuje się jak u siebie w domu!!! My znowu byliśmy zamknięci w pokoju. Na szczęście do akcji wkroczył nasz Pan. Otworzył drzwi i pozwolił nam się zapoznać z Obcym. Intruz od razu wkroczył pewnym krokiem do naszego pokoju. Mnie zamurowało. Siedziałem jak wryty i trochę mnie trzęsło ze strachu.  Na szczęście Tosia zachowała zimną krew i ofuczała Intruza. Jak zbliżył się do jej legowiska zaczęła nawet złowrogo buczeć. I mówię Wam, zrobiła się niesamowicie wielka i puszysta. A ogon miała trzy razy grubszy niż normalnie. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie. Intruz się za bardzo nie przejął. Na szczęście wkroczyła Pańcia i Obcego wyniosła. A po chwili przyszła, wzięła mnie na ręce i zaczęła przepraszać. Więc wziąłem przykład z Tosi i na nią nafuczałem! A co! Szeroko otworzyłem paszczę, prosto w jej nos. Nie zrobiłem się jednak taki puszysty jak Tosia, więc nad tym muszę jeszcze popracować. Ale się na nią pogniewałem. Niech sobie nie myśli, że będę jej pomagał przy rozkładaniu łóżka! No i niech zapomni o powitaniach noskiem w nosek!

Wieczorem, Obcy został zapakowany do mojego transporterka i wyniesiony. Już mu wybaczyłem, że zabrał mój transporterek. Teraz jest szansa, że obaj nie wrócą i dwa problemy z głowy. 




Niestety Obcy wrócił. Co gorsza z transporterkiem. A miałem cichą nadzieję, że jak nie będzie pudła, to mnie nie będą wozić do Pana Doktora. Obcy chyba został u Doktora jeszcze bardziej wymęczony niż ja ostatnio. Nic nie gadał, nic nie chodził, ruszał tylko głową i od razu poszedł spać. Pomijam fakt, że się wyłożył w budce drapaka. Mojego drapaka! Ale ja i tak się do tej budki już nie mieszczę, to mu wybaczam. Poza tym wiem, ze wizyta u lekarza może być traumatyczna.





Pańcia się dziwnie po tej wizycie zachowywała. Zaczęła robić jakieś czyszczenie, odkurzanie. Nie wiem o co chodzi. Zamknęła Obcego w pokoju i tyle go widzieliśmy. A Tosia chyba nabrała ochoty na nowe znajomości bo siedzi wpatrzona w drzwi, z nadzieją że ją tam wpuszczą.



Ja nie mam takiej potrzeby. Trochę się już wyluzowałem i obecność Obcego już mnie tak nie paraliżuje, ale nie żeby od razu lecieć i zawierać bliższe znajomości. Zająłem bezpieczną pozycję na stole, koło komputera. Ktoś musi kontrolować i sprawdzać, czy się właściciele tego Intruza przypadkiem przez Internet nie znaleźli. Jeszcze Pańcia ten fakt pominie i nie daj Kot, ten Obcy z nami zostanie na zawsze!



A szanse na zostanie ma duże. Jest słodki, mruczy głośno, sika do kuwety. Pan mówi, że mordkę ma podobną do Brytka, więc się Panu podoba. Jest grzeczny. A mnie ten pomysł się zupełnie nie podoba. Bo to ja mam status największego miziaka i mruczaka i konkurencja mi nie potrzebna. I jeszcze te rozkoszne pozy podczas spania.... 



Dyziu