piątek, 24 stycznia 2020

czytanie z kotem (21)

Dawno nie było typowo książkowego wpisu i szczerze mówiąc troszkę się stęskniłam ;) A i lektur kilka się uzbierało w ostatnim czasie. To był dobry czas dla mojego czytania i oby trwał nadal. 


Ta książka przeleżała na półce prawie rok, czekając aż zostanie przeczytana. Ja już tak mam, że kupię gdzieś w jakimś markecie w "dobrej cenie" i niech czeka na odpowiedni czas ;) Nie do końca potem byłam do niej przekonana, ale okazało się, że bardzo wciągająca fabuła. Główna bohaterka jest szczęśliwą mężatką, wiedzie ustabilizowane i spokojne życie. Od dokładnie stu dni ma fajnego, dobrego i poczciwego męża, aż tu nagle na jej drodze pojawia się były chłopak, wielka i szalona miłość. Zaczynają razem pracować, powracają dawno schowane uczucia i dylemat... którego tak naprawdę kocha? Bo z jednym jest dobrze, przewidywalnie, spokojnie i swojsko, a z drugim jest ten poryw serca, te emocje.... No więcej Wam nie zdradzę, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś chciał przeczytać ;) Lubię jak fabuła wciągnie, jak czekam na decyzję bohaterki, bo wiem, że jakby nie wybrała, to ktoś będzie cierpiał....wiadomo, tak to przeważnie w trójkątach bywa. I ta niepewność, czy to mleko się rozleje? Czy tajemnica wyjdzie na jaw, kto dowie się pierwszy..... Niby typowo babska literatura, ale z serii takiej, z którą można w jakiś sposób się utożsamiać. Narracja poprowadzona tak, abyśmy poznały wątpliwości i rozterki bohaterki, nic i nikt nie jest czarno-biały. Bo każdy bohater ma jakieś zalety i jakieś wady.... Polecam "Sto dni po ślubie" autorstwa Emily Giffin ;)


Druga książka jest w bardzo podobnym tonie. Na razie nie planowałam jej czytać, chociaż gdzieś tam była na mojej liście "do przeczytania". Jednak nadarzyła się okazja przeczytać ją za darmo w aplikacji woblink, więc poszłam za ciosem ;) I wciągnęło mnie totalnie! A chodzi tutaj o książkę Agaty Przybyłek "Bądź moim światłem".


Trochę byłam na nie, bo książka promowana była na IG jako lektura o tematyce świątecznej, a dwie takie pozycje w ostatnim czasie przeczytałam. Na szczęście się przemogłam. Książka do przeczytania w każdej porze roku, zdecydowanie nie zaliczam jej do tych świątecznych. Główna bohaterka wiedzie spokojne życie u boku męża, który jest niepełnosprawny. Facet niepogodzony ze swoim losem, wredny i uprzykrzający życie swojej żonie... Ale ona ze spokojem znosi jego depresję, ponieważ przed laty mu ślubowała, że w zdrowiu i chorobie.... Bo chce być lojalna, bo pamięta te dobre czasy, kiedy razem się śmiali i byli szczęśliwi. Jednak pewnego dnia poznaje mężczyznę, który od razu sprawia wrażenie pokrewnej duszy... Który zaczyna ją fascynować, który pokazuje, że życie się nie skończyło, że są powody do uśmiechu, do rozmów, spacerów.... I tak samo jak w poprzedniej lekturze, czytelnik od razu jest wciągnięty w fabułę, czeka na to, jak daleko posunie się bohaterka, kiedy pewne sprawy wyjdą na jaw, kto dowie się pierwszy, czy będzie lojalna wobec męża czy pójdzie za swoim szczęściem. I najważniejsze pytanie: kto na końcu będzie cierpiał? Bo to akurat jest pewne, że ktoś będzie miał pecha, albo któryś z mężczyzn, albo dziewczyna, która każdą swoją decyzję obkupi żalem..... Jeżeli lubicie taką tematykę, to lekturę polecam. Ogólnie z każdą następną książką, Agatę Przybyłek lubię bardziej. Po mieszanych uczuciach związanych z jej debiutancką książką "Nie zmienił się tylko blond", z każdą kolejną lekturą jest lepiej i ciekawiej. Cieszę się, że wiele jej książek przede mną, obserwuję pisarkę w mediach społecznościowych i wiem, że pisze już kolejne książki ;) 


Chociaż nadal mam trudność z przestawieniem się na czytanie e-booków, bo co papierowa książka to papierowa książka, to za sprawą aplikacji woblink przeczytałam jeszcze jedną ciekawą pozycję. Jednak o niej innym razem ;)  Z aplikacji korzystam na tablecie i niestety uważam, że nie jest on najwygodniejszą formą czytania książek, zwłaszcza w tramwaju. Jest dosyć duży i ciężki, ale przeszkadza mi najbardziej to, że w błyszczącym ekranie odbija mi się oświetlenie albo słońce. Za to ma jedną niezaprzeczalną zaletę, można czytać w nocy w łóżeczku przy zgaszonym świetle ;) Zatem, jak zawsze w życiu, coś za coś!


Na koniec zostawiłam lekturę typowo świąteczną, lekką i przyjemną, o nieskomplikowanej i lekko przewidywalnej fabule. A mianowicie książka Natalii Sońskiej "Słuchaj głosu serca". Chociaż na dobrą sprawę zastanawiam się, dlaczego książka jest kreowana jako świąteczna, gdzie temat świąt pojawia się na końcu książki, niemal w finalnych scenach.... no ale dobra niech będzie... ;) Generalnie jest główna bohaterka, pani psycholog, którą ciągle uwiera fakt, że jest singielką. Na horyzoncie pojawia się przystojny mężczyzna, który nie dość, że przystojny, to jeszcze szarmancki i kulturalny...a na dodatek dobrze gotujący i serwujący romantyczne kolacje.... To jest mój ulubiony element babskich książek, musi być facet, który zdobywa serce kobiety wykwintnym daniem podanym przy świecach.... Serio??? No ale uznajmy, że lektura ma być tą z serii relaksujących i dających wytchnienie od szarej rzeczywistości i to zadanie spełnia dobrze. Przy okazji jest urocza babcia, która też dobrze karmi, plenery górskie, problemy, które prawie same się rozwiązują i ..... drugi całkiem też fajny facet. No to tyle o tej książce, tak na wszelki wypadek, jakby ktoś miał ochotę przeczytać. Może nie brzmi ta recenzja zbyt poważnie, ale szczerze się nie naśmiewam, w końcu sama i świadomie po takie lektury czasami sięgam. To tak jak z oglądaniem babskich seriali i komedii romantycznych, z założenia mają być lekkie i przyjemne, a mózg przy nich ma odpoczywać. W końcu nie zawsze i wszędzie chcemy, żeby trup się ścielił gęsto, bądź na każdym rogu stał psychopata ;) A takie recenzje w zanadrzu też miewam! 

Teraz sięgam po nieco inne książki, już nie mogę się ich doczekać ;) Chociaż plan planem, a życie życiem.... Bo ostatnio praca i aura na tyle mocno gniotą moją psychikę, że nawet jak bardzo chcę, to nie umiem zabrać się za lektury cięższego kalibru... Więc zobaczymy, jak to będzie.


Aha, to jeszcze nie koniec! Jeszcze chciałam wspomnieć o pewnym audiobooku! Wydaje mi się, że na blogu o nim nie wspominałam, a muszę, muszę, bo inaczej się uduszę! I tak ten wpis jest już długi, ale dobra. Kto by się tym przejmował? ;) Otóż, planowałam tę książkę przeczytać. Jak tylko przeczytałam opis z okładki, stwierdziłam, że bardzo chcę tę książkę mieć. Więc czekałam na premierę.... Ale jednocześnie miałam sporo do zrobienia z takich rękodzielniczych rzeczy i niestety te dwie czynności, czyli robótki i czytanie, się wykluczają. I tutaj z pomocą przychodzą audiobooki. Chociaż za tą formą nigdy nie przepadałam, bo nie umiałam się skupić na fabule, postanowiłam spróbować jeszcze raz. O dziwo zaskoczyło i to bardzo!


A to za sprawą książki "Łańcuch" autorstwa Adriana McKinty. Sporą rolę odegrał tutaj też głos, czyli Bartłomiej Topa, którego słucha się bardzo fajnie. No i fabuła! Jeżeli ktoś lubi skomplikowane zagadki, to może mu się spodobać. Główna bohaterka otrzymuje telefon, że jej córka została właśnie porwana. Jeżeli chce ją uwolnić musi....porwać kolejne dziecko. Porywaczami dziewczynki są rodzice innego dziecka, które jest przetrzymywane... Na tym z grubsza polega łańcuch. Nie można się wyłamać, zadzwonić na policję, nie można przerwać łańcucha... Trzeba działać szybko, zdecydowanie i z ogromną desperacją. W całym nieszczęściu trzeba być na tyle twardym, aby takie samo nieszczęście zafundować innym ludziom, trzeba mniej lub bardziej skrzywdzić kolejne dziecko, tylko po to, aby swoje uwolnić... Czy główna bohaterka podda się temu procesowi, czy uda jej się odzyskać dziecko, a jednocześnie czy uda jej się spełnić żądania porywaczy i skrzywdzić cudze dziecko? A może zaryzykuje życie swoje i swojej córki, aby przerwać ten bezlitosny proceder? Oczywiście Wam nie zdradzę ;) Żałuję, że nie mogłam przeczytać tej książki, ale audiobooka słuchało mi się rewelacyjnie! Polecam


Tym razem to już na pewno koniec ;) Życzę Wam ciekawych lektur. Jak macie coś godnego polecenia to piszcie, na razie postanowiłam nie dokładać nic do listy "do przeczytania", bo jest na niej ponad 20 książek, które już mam i które czekają, ale może ktoś inny, albo ja kiedyś, skorzystamy z Waszych poleceń ;)

środa, 15 stycznia 2020

kociopamiętniczek Kseni

Wleszcie mnie dopuścili do blogowania! Już jestem na tyle duża, że mogę sama o sobie pisać, plawda? 


Bo Witek to nie do końca pisze o mnie plawdę, więc trzeba wziąć splawy w swoje łapki. A to nie jest tak, że ja ciągle Glubemu dokuczam. Ja się po plostu chcę z nim bawić, a on nie chce. Że jest wielkim, glubym i w dodatku ludym leniem, to tego nigdy nie pisze, a taka plawda.




Ostatnio Witek pokazał jak się lubimy. No czasami się zdarza, ale nie za często. On takie zdjęcia pokazał dla ocieplenia swojego wizelunku. A powiem Wam, jak z tym jest na plawdę. Bo Witek by chciał mnie lizać i myć, a ja tego nie lubię. Dla mnie to malnowanie czasu, bo wtedy można się gonić i blykać na całego. Więc jak Witek zaczyna mnie lizać, to ja mu daję gonga w łeb i uciekam, ale on nie kuma, że wtedy powinien mnie gonić... I muszę udawać, że goni mnie jakiś niewidzialny potwól, a przecież mam swojego osobistego w domu.... I tak wygląda zabawa z tym Glubasem... W ostateczności biegam z pluszakami, one nigdy nie odmawiają zabawy.





Najlepsza zabawa to była w choince. Lepszego placu zabaw to mi Mama nie mogła wymyślić. Chociaż tlochę jej nie lozumiem, bo mi ustawiła choinkę, a potem ciągle mówiła, żebym nie dewastowała drzewka. A przecież drzewo moje, mogę na nim blykać!



Wdlapywanie się na drzewko, to było coś! Jak plawdziwy kot! Bo przecież kot musi chodzić po drzewach, taka jego natula!



Czasami udawałam, że jestem gałązką, ale i tak mnie Matka dopadła z apalatem. 



Mówili na mnie niszczyciel choinki, a ja myślę, że byłam najpiękniejszą bombeczką na tym drzewku. Kto się zgadza z tym? ;)



Gluby jest jakiś dziwny. On to się nic a nic nie intelesował drzewkiem. Ja nie wiem, jak tak można! Tyle światełek, łańcuchów i dyndadełek, a on nic! 


Bloniłam choinki aktywnie, ale się nie udało. Pomimo moich stalań i tak ją gdzieś wynieśli. Nie wiem gdzie, ale powiedzieli, że za lok wlóci. Nie wiem ile to jest lok, ale już tęsknię.





No tludno, muszę sobie znaleźć inne zajęcie.... Pewnie znowu będę więcej denelwować Glubego ;)


Mam nadzieję, że mi jeszcze kiedyś pozwolą napisać coś na blogu, bo mam Wam jeszcze wiele do opowiedzenia ;) Ostatnio dostałam nową zabawkę, ale o tym już dzisiaj nie napiszę, bo mnie ważne splawy wzywają. Wydaje mi się, że w kuchni Mama obiela warzywa, to trzeba jej uklaść jakieś obielki do zabawy!

sobota, 11 stycznia 2020

kocia sobota

Do czegoś Wam się przyznam! Czasami lubię tego gówniaka ;)


Ostatnio tak sobie wspólnie spaliśmy, blisko siebie i bez żadnej afery. Bo jak mówi Matka, afery to my lubimy i zawsze je prowokujemy. To my jej dzisiaj udowodniliśmy, że w zgodzie też możemy funkcjonować.... Przynajmniej kilka minut ;)


Podobno niezłe z nas słodziaki. Ja tam się nie znam...ale Matka cyknęła kilkanaście fotek na dowód, że czasami możemy być obok siebie grzeczni.






Nawet tego smroda trochę umyłem, żeby nie było, że tylko umiem być wredny... hehe