czwartek, 20 czerwca 2019

kocio-kocie relacje (7)

Dzisiaj kocie relacje na słodko ;) Już nie musicie zjadać serniczka po takiej dawce słodyczy!


Tak sobie obok siebie leżeli i leżeli. Leżenie obok to duży wyczyn w przypadku tej dwójki!


Prawda, że słodziaki? Mogę na nich patrzeć w nieskończoność :P Kto ma koty, które zawsze osobno, ten zrozumie!


Ale żeby Wam dołożyć słodyczy, mam jeszcze filmik ;)



Nie ma to jak podusia z Witka ;)




Mycie synchroniczne


Śpią sobie dwie krewetki, jak gdyby nigdy nic ;)


I człowiekiem, jako poduszką, też nie pogardzą


Sielanka przeważnie nie trwa długo, Witek zaczyna myć Ksenię, a ta uważa to za zaproszenie do zabawy i awanturka gotowa ;)

niedziela, 16 czerwca 2019

kocia sobota

Jestem wykończony!  Czy u Was też takie tropiki????


Rano, zaraz po śniadaniu, udałem się na spoczynek do mojej budki. Trawienie to męczący proces!


Od wczesnego rana grzeje u nas mocno. Nie zaszkodzi zażyć słonecznej kąpieli... Niestety musiałem znosić towarzystwo szprota! 


Potem próbowałem Pańci ukraść ciasto, ale niestety się nie udało....



A mała chciała Pańci wypić kawę. No nie ma ta kobieta lekko z nami ;)


A potem jeszcze był zamach na pizze. Ponownie nieudany.

 
Podczas leżenia na kartonie też miałem gówniaka na głowie....ona łazi za mną cały czas! Taka jakoś mało kreatywna ta istota, strasznie ode mnie odgapia, czym mnie wnerwia!



Na szczęście potem mała poszła leżeć na Pańci



   A ja mogłem spokojnie odespać ten ciężki dzień! Sami widzicie, że lekko nie jest ;)


A to jeszcze nie koniec, bo składaliśmy z Dużym regał. Matka szaleje, książki kupuje, więc gdzieś trzeba je trzymać. My ze szprotem testowaliśmy wytrzymałość i funkcjonalność regału :P



Regał testy obciążeniowe przeszedł pomyślnie, można pakować na niego książki ;) 




Sami widzicie, że bardzo zapracowane z nas kotki. Na koniec dnia rozczuliliśmy Matkę, przyszliśmy do niej na kolana.

 

środa, 12 czerwca 2019

robię za dużo zdjęć

I w sumie tytuł tego posta wystarczyłby za cały komentarz ;) Ale jako, że lubię pisać, to napiszę coś więcej. Będzie chyba bardziej o mnie, ale jednak o kotach....


Robię zdecydowanie za dużo zdjęć. Aparat mam zawsze pod ręką, a od kiedy mam mniejszy, poręczniejszy aparat, to dosłownie cały czas pstrykam. Oprócz tego dochodzą zdjęcia z telefonu. A o tym, że jest ich za dużo świadczy to, że ciągle mam jakieś zdjęcia przygotowane do publikacji, a po jakimś czasie zastanawiam się czy już poszły na bloga, czy jeszcze nie. Czasami mam wrażenie, że tego nie ogarniam! ;)


Robię dużo zdjęć, kilka jest do siebie podobnych, ale jednak nie identycznych. I następuje moment selekcji, trudny dla mnie moment, bo trzeba zdecydować, które zdjęcia trafią do wpisu, a które nie. I ciężko się zdecydować, bo niby podobne, ale jednak różne, każde lubię na swój sposób. A z drugiej strony nie mogę opublikować wszystkich, ponieważ Czytelnik padłby z nudów ;)


Czasami udaje się zrobić zdjęcie prawie pozowane, kiedy zależy mi na konkretnym zdjęciu, jakimś ułożeniu. Na przykład przy wpisach książkowych bardzo liczę na współpracę kotów. Różnie się to kończy...wiadomo.... Tak samo było w przypadku zdjęć do recenzji produktów. Ale większość zdjęć jest spontaniczna, coś zaczyna się dziać, koty się fajnie ułożą i następuje pstryk. W efekcie tego pstryka wychodzi fajne lub przeciętne zdjęcie, albo całkiem zepsute. Życie ;) A ile jest pięknych momentów, których nie zdążyłam uwiecznić! Mam je jedynie w pamięci, mając nadzieję, że coś podobnego jeszcze się zdarzy,  a ja tym razem zdążę... ;)


Koty to główni bohaterowie moich zdjęć. Nie da się ukryć, że prym wiedzie Ksenia. Ten kot jest cały czas w ruchu, coś kombinuje i wymyśla. Ręka sama sięga po aparat, chociaż jest to jednocześnie trudny obiekt do fotografowania, bo często wychodzi nieostra. Jak uchwycić na zdjęciu obiekt poruszający się z taką prędkością????


Ale najbardziej cieszą mnie te zdjęcia wspólne, kiedy koty są obok siebie. Chociaż takich chwil nie jest wiele. Chwytam każdą ;)


Uwielbiam oglądać zdjęcia profesjonalnych fotografów, tych kocich i nie tylko. Podziwiam ich warsztat i kreatywność, próbuję się inspirować ;) Mam nadzieję, że wreszcie znajdę czas na teoretyczne zgłębianie wiedzy fotograficznej...


Są jeszcze zdjęcia całkiem prywatne, nie robione z myślą o blogu. Zdjęcia rodzinne z różnych wydarzeń. Przecież nie samymi kotami żyje kociara ;) Ale nie da się ukryć, że nawet w tych zdjęciach rodzinnych dużo kotów, bo przecież one są częścią rodziny!


Zdjęcia plenerowe, to zdjęcia które cieszą mnie bardzo. Najzwyklejszy spacer po okolicy to dobry pretekst do fotografowania. Nie trzeba wyjeżdżać daleko od domu, żeby zachwycać się niebem, zielenią drzew, kwitnącym jaśminem czy bzem. Cieszą mnie napotkane koty i inne zwierzęta, które pozwolą się sfotografować.



Miesięcznie daje to kilkadziesiąt zdjęć, nieraz przekraczam setkę. Jesteśmy na półmetku roku, a ja w folderze "2019" mam ponad 4 tysiące zdjęć.... I chyba w żadnej sferze swojego życia nie jestem taka uporządkowana, jak w przypadku zdjęć. Są pokatalogowane latami, osobno jest katalog na zdjęcia z komórki, osobny katalog to zdjęcia na bloga, które także są archiwizowane latami. Na bieżąco zgrywam zdjęcia z wszystkich moich kart. Jedynie muszę jeszcze pamiętać o tworzeniu kopii, z tym mam mały problem, a jak pomyślę, że mogłabym stracić chociaż jedno moje zdjęcie... Już raz coś takiego w życiu przeżyłam, nie chciałabym tego powtórzyć....


Dajcie znać, jak to wygląda u Was! Ile zdjęć robicie? A może nie robicie zdjęć w ogóle? Jestem bardzo ciekawa ;)

niedziela, 9 czerwca 2019

wystawa kotów w Krakowie

Dawno nie byłam na wystawie kotów. Dawniej, w latach, kiedy z mamą kupiłyśmy Tosię, a potem Dyzia, bardzo nas bawiło chodzenie na wystawę. Potem zaprzestałyśmy, aż do wczoraj ;)


Wyciągnęłam moją mamę na wystawę. Ogólnie muszę przyznać, że nie podobało mi się tak, jak kiedyś. Przede wszystkim na sali było mnóstwo ludzi i było duszno, a sala była, moim zdaniem, za mała, jak na taką imprezę. Poza tym, chyba nie bawi mnie oglądanie zmęczonych kotów w klatkach, które dodatkowo od strony oglądających są zabezpieczone plastikowymi "ekranami". Na pewno w takiej duchocie koty się męczą. 


Najważniejsze w tym wydarzeniu jest to, żeby hodowcy wystawili swoje koty, zdobyli dla nich tytuły. Ludzie chodzący i oglądający umęczone koty, trochę w tym wszystkim przeszkadzają.... Bilet wstępu kosztuje 10zł (normalny). Uważam, że za taką kasę jednak powinny być lepsze warunki.


Wiadomo, koty piękne! Co może innego powiedzieć miłośnik kotów? Ale forma imprezy taka sobie, wiele bym zmieniła. Ewidentne rozgraniczenie miejsca, gdzie koty są oceniane przez sędziów od reszty imprezy. Więcej przestrzeni, odkryte klatki bez plastiku, ale za to może jakieś barierki, żeby ludzie nie wkładali rąk przez szczebelki... 




Przy okazji tej imprezy są wystawcy różnych towarów, jest karma, drapaki i łóżeczka, zabawki, żwirki i biżuteria. Można było wesprzeć fundacje działające na rzecz kotów. Ja na wystawę wybrałam się głównie, aby poznać osobiście ciekawą osobę, którą znam jedynie z sieci, obserwuję w mediach społecznościowych i podziwiam Jej twórczość. Chodzi o Monikę Małek, która zajmuje się kocią fotografią. Robi cudowne i klimatyczne zdjęcia, urządza kreatywne sesje i prezentuje koty w niepowtarzalny sposób. Uwielbiam Jej zdjęcia! Jeżeli jeszcze nie znacie Moniki, to zachęcam w kliknięcie w powyższy link, przeniesie Was na Jej instagramowe konto ;) Monika na żywo okazała się bardzo pozytywną osobą i cieszę się, że poznałam Ją osobiście i zamieniłam kilka słów. Oprócz tego nabyłam kocie magnesy i zakładki do książek. Jeden magnesik i zakładka od razu powędrowały do mojej mamy ;) 


"Dzieci" z wystawy dostały zabawki, bo wiadomo, że nie można wrócić do domu z pustymi rękami :D Witek zareagował dosyć obojętnie, chyba wolałby coś jadalnego. Natomiast Ksenia od razu wzięła sobie myszkę, więc ledwie zdążyłam cyknąć jedno zdjęcie ;)


A ten neonowy, puchaty stwór musi zostać zmodyfikowany, czyli usunę mu metalowe elementy i też trafi w Kseni łapeczki ;)




Kto z Was był ostatnio na kociej wystawie? Lubicie? Jestem ciekawa Waszego zdania ;)

czwartek, 6 czerwca 2019

czytanie z kotem (17)

Jak patrzę na częstotliwość publikowania postów z tej serii, to dochodzę do wniosku, że w tym roku udaje mi się plan - post raz w miesiącu ;)


Dzisiaj przychodzę do Was z dosyć znanym autorem, który ma na swoim koncie kilkanaście książek, ale ja go dopiero odkryłam. Zawsze jakoś wydawało mi się, że to nie mój klimat. I jak zwykle sprawdziło się powiedzenie "nigdy nie mów nigdy" ;)  Pierwszą książkę Guillaume Musso kupiłam na kiermaszu na rzecz kotów, jaki odbywa się stacjonarnie w Krakowie dwa razy w roku. Wzięłam do ręki, pomyślałam, że z Instagrama kojarzę te książki i stwierdziłam, że nie zaszkodzi zobaczyć co to, zwłaszcza że cena była bardzo atrakcyjna. Nawet nie przeczytałam opisu z tylnej okładki :P 


W taki oto sposób weszłam w posiadanie powieści "Ta chwila".

"Lisa marzy, aby zostać aktorką. Ale smutna codzienność zmusza ją do pracy w barze na Manhattanie. Pewnego wieczoru poznaje młodego lekarza, Arthura Costello. Raz po raz los styka ich ze sobą, aż wreszcie zaczyna rodzić się między nimi uczucie. Ale Arthur nie jest taki jak wszyscy. Za zamkniętymi drzwiami odziedziczonej przez niego latarni morskiej skrywa się straszliwy sekret. Łamiąc złożoną obietnicę, Arthur zdecydował się je otworzyć. To, co za nimi znalazł, nie pozwala mu wieść normalnego życia."


Kiedy zaczęłam czytać książkę i już na samym początku główny bohater zaczął przenosić się w czasie, stwierdziłam, że to jednak nie książka dla mnie. Science fiction jest jednym z tych gatunków, których chyba nigdy nie polubię. No, ale fabuła jednak mnie wciągnęła i czytałam z zaciekawieniem, nie musiałam się zmuszać, więc przeczytałam do końca. Rzadko porzucam książki w trakcie czytania, więc i tym razem dotarłam do ostatniej strony. Nie powiem, zakończenie mocno mnie zaskoczyło, to finał tego typu, którego kompletnie się nie spodziewacie ;) Książka i sposób w jaki została napisana zachęciła mnie do zakupu kolejnej tego autora, zwłaszcza, że w Empiku trafiłam na bardzo atrakcyjną promocję ;)

"Apartament w Paryżu"
"Madeline w wynajętej pracowni ukrytej w pełnym zieleni zaułku Paryża szukała samotności. Niestety, w wyniku nieporozumienia w to samo miejsce trafił dramatopisarz Gaspard. Los skazuje tych dwoje wrażliwych samotników na dzielenie jednej przestrzeni życiowej - pracowni należącej przez lata do słynnego artysty, Seana Lorenza, którego ostatnie dzieła zniknęły w tajemniczych okolicznościach... Madeline i Gaspard, zafascynowani geniuszem i zaintrygowani tragicznym losem poprzedniego lokatora, postanawiają połączyć siły, aby odzyskać te niezwykłe obrazy. Zanim jednak odkryją sekret malarza, będą musieli zmierzyć się z własnymi demonami, a prowadzone przez nich śledztwo na zawsze odmieni ich życie."


Od razu powiem, że książka spodobała mi się dużo bardziej niż pierwsza. Klimat Paryża i zawiłe osobiste problemy głównych bohaterów wciągają niemal od pierwszych stron. Potem autor wprowadza też innych bohaterów. W sumie nie da się o tej książce pisać, żeby nie zdradzić jej fabuły, a tego robić nie chcę, żeby nie psuć frajdy tym, którzy zdecydują się sięgnąć po tę pozycję. Jest bardzo ciekawa, wielowątkowa i znowu zakończenie bardzo mnie zaskoczyło! Polecam dla tych, którzy lubią zagadki ;)

I jeszcze wspomnę tylko, że Musso przypadł mi do gustu na tyle, że dwie kolejne książki już czekają na półce na swoją kolej...