Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poważne tematy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poważne tematy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 czerwca 2021

bo on nigdy...

Zrobiło się wreszcie ciepło i można cieszyć się przyjemną temperaturą, a co za tym idzie otwartymi w domu oknami. I po raz kolejny chciałabym zwrócić uwagę na uchylone okna i niezabezpieczone balkony.



Wydaje mi się, że temat uchylonych okien wraca jak bumerang i ludzie są uodpornieni na pewne argumenty. To tak samo jak z tematem pozostawiania dzieci i zwierząt w rozgrzanych samochodach w upalne dni. Niby każdy wie, niby każdy się dziwi, jak tak można zrobić, a jednak nadal mamy kilka przypadków takiego zachowania....

 
 
Ale wracając do okien, bo o tym chciałam dzisiaj. Uchylne okno to dla kota śmiertelna pułapka. I nie jest to stwierdzenie ani trochę postawione na wyrost. Kot próbujący się przedostać przez uchylone okno klinuje się, a szamotanie się w tym oknie, powoduje, że zakleszcza się jeszcze bardziej. Jeżeli pomoc nie nadejdzie od razu grozi to poważnymi skutkami zdrowotnymi a nawet utratą życia. Zaklinowany w oknie kot, poprzez ucisk okolic brzucha i aorty, który powoduje niedokrwienie tylnej części ciała, jest narażony na uszkodzenie narządów wewnętrznych oraz rdzenia kręgowego. 




W Zooplusie można kupić, dosłownie za kilkanaście złotych, specjalną kratkę zabezpieczającą okno. Ale ja osobiście wychodzę z założenia, że najlepiej nie pozostawiać kota na dłużej sam na sam z uchylonym oknem. Wtedy mam pewność, że nic się podczas mojej nieobecności w domu nie wydarzy. 

Tak samo nie wyobrażam sobie, jak można posiadać kota i niezabezpieczony balkon! Osiatowanie balkonu to była jedna z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy po wprowadzeniu się do mieszkania. Wiedziałam, że nie będę umiała swobodnie korzystać i wypoczywać na balkonie, kiedy nie będzie on w pełni bezpieczny dla kotów. I pomimo, że balkon został zabezpieczony w sposób profesjonalny, to nigdy nie zostawiam na nim kotów, kiedy wychodzę z domu. Pewnie nic by się nie stało, ale... No właśnie, zawsze jest to "ale". Nie jestem w stanie przewidzieć, co wymyśli kot, pozostawiony sam w domu na wiele godzin. Poza tym na balkon może wlecieć osa, pszczoła czy inny intruz, który może być niebezpieczny dla kota. Właśnie pisząc ten tekst, kotki cieszą się słońcem na balkonie i akurat zaobserwowałam niezdrowe podniecenie obu kotów. Okazało się, że lata jakiś bąk czy trzmiel (nie rozróżniam niestety ;)). Kotki zostały zawinięte do domu. 
 

 
I nie ma taryfy ulgowej dla żadnego kota, nawet tego najspokojniejszego i najgrzeczniejszego. Ksenia z Witkiem, jeśli chodzi o zachowanie na balkonie, są kotkami bardzo grzecznymi. Ksenia mimo młodego wieku nie wspina się po siatce, nie gryzie i nie kombinuje. Pomimo to, nie wyobrażam sobie zostawić ją na balkonie bez nadzoru. Tłumaczenie, że ona nigdy czegoś nie robi, nie jest wytłumaczeniem. To, że kot czegoś nie robi przy nas, nie oznacza, że nie robi w momencie, kiedy na niego nie patrzymy. Poza tym, zawsze może być ten pierwszy raz. Ludzie, którzy wypuszczają koty na niezabezpieczone balkony, często mówią: "bo on nigdy nie wchodzi na barierkę...", "bo on nigdy nie reaguje na ptaki" i wiele innych wymówek. Coś takiego w przypadku zwierząt, a śmiem odważnie myśleć, że i w przypadku dzieci, nie funkcjonuje. Pewność, że nigdy czegoś nie robił, więc na pewno nie zrobi tego w przyszłości jest złudna. Przestrzegam! Zasada ograniczonego zaufania wobec zwierząt zapewni im bezpieczeństwo ;) 
 
 

czwartek, 8 kwietnia 2021

jaka edukacja, takie społeczeństwo

Wydawało mi się, że poziom absurdu w naszym pięknym kraju już osiągnął maksymalny poziom. Ale za każdym razem, kiedy politycy otwierają usta, okazuje się, że mają jeszcze dużo kretyńskich pomysłów, które sukcesywnie ujawniają. Współczuję uczniom dzisiejszego poziomu edukacji i ministra, który jest za nią odpowiedzialny. Pandemia swoje też tu zrobi.... Okazuje się, że wiceminister edukacji ani troszkę nie jest mądrzejszy od samego ministra. Ostatnio pan Tomasz Rzymkowski (do wczoraj nie wiedziałam o jego istnieniu ;)) zapowiedział usuwanie treści o prawach zwierząt z podręczników dla najmłodszych klas.
 



Jak patrzę na miłościwie nam panujący rząd to zastanawiam się, czy oni wszyscy zostali zgarnięci z jakiegoś castingu na największego debila w kraju? Na kogo bym nie popatrzyłam, kogo bym nie posłuchała, to naprawdę zastanawiam się, skąd ten człowiek się wziął! Co jeden to głupszy, walczą o jakieś trofeum na najgłupszego???? Przeraża mnie to. Jak mamy polepszać byt zwierząt, skoro w naszym kraju odmawia się praw ludziom? Wiadomo, że prawdziwi miłośnicy zwierząt, opiekunowie tacy jak ja i mnie podobni, nie musimy się martwić. Nasze zwierzaki mają lepiej niż niejedne dzieci w tym kraju! Mają dobre warunki bytowe, wartościowe jedzenie, opiekę lekarską oraz miłość i szacunek. Im praw nikt nie odmówi, nawet formalnie. Jednak tutaj chodzi o wszystkie zwierzęta, te hodowlane i przy gospodarstwach, chodzi o fundacje, które udzielają wsparcia. Pan wiceminister twierdzi, że biblia nakazuje mu traktować zwierzęta jak przedmioty, bez żadnych praw. Powiedzieć, że ręce opadają, to za mało. I jedyne co mogę napisać, to współczuję ludziom, którzy mają dzieci. Przebić się przez głupotę, którą serwują i serwować będą w szkołach, nie będzie łatwe. TRAGEDIA.
 


 
Trzeba jedynie pamiętać, że jakich ludzi sobie teraz wykształcimy, takie społeczeństwo będziemy mieć w przyszłości. Wierzę, że niektórzy rodzice zadbają o to, aby ich dzieci stały się wrażliwymi, porządnymi ludźmi, ale patrząc na to, jak mało czasu teraz rodzice poświęcają dzieciom, śmiem się obawiać, jakim społeczeństwem będziemy za kilkanaście lat.... I kwestia jest dużo obszerniejsza niż tylko prawa zwierząt. O ile wiecie co mam na myśli.


sobota, 20 czerwca 2020

nieszczęśliwe koty domowe

Dzisiaj Wam pokażę moje koty, nieszczęśliwe koty, bo zamknięte w mieszkaniu....


Ten mit, żeby nie powiedzieć, totalna bzdura, ma się świetnie. Wielu, naprawdę wielu ludzi nadal sądzi, że tylko kot wychodzący może być w pełni szczęśliwy. I jak słyszę te bzdury, powtarzane wcale nie rzadko, to chce mi się wyć.



Czasami myślę sobie, że opuszczę wszystkie FB grupy dotyczące kotów. Wcale nie gromadzą pozytywnych opiekunów kotów, którzy chcą się między sobą dzielić poradami dotyczącymi kotów czy opiniami na temat różnych kocich przedmiotów, czy po prostu wyrywkami codziennego życia z kotami. Te grupy służą głównie zamieszczaniu ogłoszeń z serii znalezione/zagubione. Często pojawiają się posty pokazujące martwe zwierzęta, potrącone przez samochody. Najwięcej agresji wzbudzają we mnie posty z serii "zaginął kot wychodzący, zawsze wracał, ale nie ma go już trzeci dzień i zaczynamy się martwić". 



Ludzie są święcie przekonani, że kot MUSI wychodzić. Bo przecież taka jego natura, musi obejść swoje terytorium, zapolować, zażyć ruchu..... Serio?????????



Czy jest sens tłumaczyć, że kot NIE MUSI wychodzić. Że kot mieszkający 24/24 w mieszkaniu może i jest szczęśliwy? Czasami mam wrażenie, że plucie się na ten temat nie ma większego sensu. 


Wypuszczanie kota w środku miasta, w pobliżu ruchliwej ulicy, to skazywanie go na pewną śmierć. Wcześniej czy później taki kot nie wróci.... Może zaznać krzywdy ze strony człowieka, innego zwierzęcia lub samochodu. Może zginąć na miejscu, ale może umierać w męczarniach i bólu przez wiele godzin. Serio, wypuszczasz kota z miłości do niego??? No to mamy w takim razie inne pojęcie miłości....



Niektórzy twierdzą, że mieszkają w zielonej okolicy, ruchliwa ulica jest bardzo daleko. W takich okolicznościach przyrody na pewno jest bezpieczniej.... Ale wielu nie zdaje sobie sprawy, jaki dystans pokonuje kot. Może tylko się wydawać, że ruchliwa ulica jest daleko... Poza tym jest jeszcze inny problem. Pomijając fakt, że kot może zginąć pod kołami samochodu, weźmy jeszcze pod uwagę inne zagrożenia, jak trutki, ludzi agresywnych w stosunku do zwierząt czy psy i inne dzikie zwierzęta. To wszystko może spotkać naszego mruczka.



Jest jeszcze jedna ważna kwestia i argument za tym, aby jednak kota nie wypuszczać wolno. Nasz milusiński to drapieżnik i łowca. Pomimo, że ma drogą i smaczną karmę w misce, nie odmówi sobie zapolowania na ptaszka, gryzonia czy inne drobne stworzenie. Tak każe mu natura. Koty domowe, wypuszczane na ulice i do ogrodów sieją spustoszenie wśród ptaków, małych ssaków i gadów. Co innego, jak wolnożyjący kot upoluje, żeby przeżyć, a co innego, kiedy domowy kot upoluje dla rozrywki. 


Kot żyjący w domu nie zna innego życia, jak to, które mu stworzymy. Nie tęskni za czymś, czego nie zna. Jego całym światem jesteśmy my i nasz dom. To mu wystarcza. Popatrzcie na te koty, one są szczęśliwe. Ja nawet w to nie wierzę, ja to wiem!!! Stwórz kotu ciekawy dom, pełen miłości, zabawy i wygodnych miejsc na drzemkę. To mu wystarczy.


 Nie puszczajcie kotów samopas. To naprawdę jest dla nich niebezpieczne.... 

W poście zdjęcia kotków, które siedzą w domu. Wyglądają na nieszczęśliwe?????


piątek, 10 kwietnia 2020

jaki dziś dzień?

Nie docenialiśmy normalności, codzienności i durnych problemów. Ja nie doceniałam na pewno. Obecna sytuacja dała zdecydowany pstryczek w nos....nie, co ja piszę....czuję się, jakby walnęła mnie w gębę prawym sierpowym....


Tak się czuję i nic na to nie poradzę... Jeżeli wszystko przeminie w miarę spokojnie, obyśmy umieli wyciągnąć z tego wnioski. Ja na pewno to zrobię. Nie mam powodów do narzekania, wszyscy w moim otoczeniu są zdrowi, wiem, że są ludzie w kiepskiej sytuacji, zdrowotnej lub materialnej, tracą bliskich i biznesy, miejsca pracy... Ale każdy cierpi na swój sposób i nie możemy go za to winić. Nie możemy bagatelizować. Jeżeli ktoś narzeka, skarży się, że mu źle, porozmawiajmy, pocieszmy, wysłuchajmy. Ja rozumiem, że rodzicom jest ciężko z dzieciakami w domu, bo trzeba zdalnie pracować, wymyślać zabawy, ze starszymi uczyć się, ugotować obiad... Ale pomyślmy w tym momencie o osobach samotnych. I to niezależnie od ich wieku, im dopiero musi być ciężko... 


A mnie tak po prostu jest żal tej wiosny... Natura nie zwalnia, tylko dlatego, że my ludzie mamy problem. Ptaki przylatują z ciepłych krajów, drzewa kwitną, jest cieplej, słońce przygrzewa, ptaszki ćwierkają... Natura wręcz ma wreszcie spokój, przynajmniej ktoś w tej sytuacji korzysta! Popatrzmy na to w ten sposób.  Brakuje mi spacerów, fotografowania kwiatów i przechodzenia obok ukochanej magnolii. Jak nas wypuszczą z domów, ona już przekwitnie... 


Dlatego jak tylko mam okazję, przynoszę do domu kwiaty. Poprawiają mi nastrój i są namiastką tej wiosny ;)


wtorek, 24 marca 2020

czas kwarantanny

Tylko spokój i siedzenie w domach, może nas uratować. Łatwo się mówi, trochę trudniej realizuje. Mnie zdecydowanie ratują koty. Serio! Nie ukrywam, że lubię siedzieć w domu. Mam w nim wszystko, czego potrzebuję. I ktoś z pewnością mógłby powiedzieć, że takim osobom jest najłatwiej znieść ten trudny czas siedzenia w domu. Jednak okazuje się, że wcale nie jest to takie łatwe. Jeżeli kogoś interesuje taki nie do końca koci temat, to zapraszam. Na pocieszenie pojawią się bardzo kocie zdjęcia.


W sumie mam potrzebę pisania. 
Pierwszy raz od wielu miesięcy mam ochotę pisać. Tylko nie wiem o czym ;) Nie chcę skupiać się na samym wirusie, bo tego mamy pewnie już po kokardy. Wystarczy włączyć telewizję, odpalić Internet i wszędzie jedno tylko słowo: koronawirus.


Ja Wam napiszę dzisiaj o sobie. Tak dla odmiany. Chociaż o kotach też będzie, bo jakżeby mogło kotów braknąć w poście na kocim blogu ;) I będą zdjęcia, bo tych się kilka uzbierało w ostatnim czasie.


Ale może od początku. Jeszcze tydzień temu w Internecie zostałam zasypana śmiesznymi memami odnośnie domowej kwarantanny i introwertyków. Bo tak, uważam się za introwertyka. Jeżeli nie znacie pojęcia introwersja/ekstrawersja, to proszę, "wygooglujcie" sobie definicję, bo tutaj nie mam za bardzo już miejsca na rozpisywanie się ;) Swoją drogą to bardzo ciekawe zagadnienie z obszaru psychologii osobowości i zachęcam Was do zapoznania się z nim. Jednak pamiętajcie, że ciężko kogoś określić i przypisać do jednego rodzaju osobowości. Ja dokładnie tak mam, że przeważają u mnie cechy osobowości introwertycznej, jednak nie jest to czysta postać i większość ludzi to typy mieszane ;) Ale powróćmy do tematu głównego tego posta....


Generalnie lubię siedzieć w domu, w swoim towarzystwie, przebywanie między ludźmi na dłuższą metę mnie męczy. Przymus siedzenia w domu jest spełnieniem moich marzeń, mogłoby się zdawać. Sama nawet o tym pomyślałam. No wreszcie!!! Doczekałam się! 

Internety, a konkretnie osoby na Instagramie prześcigały się w pomysłach na wypełnienie tego czasu spędzonego w domu. Bo największą trudnością jest właśnie to pozostanie w domu...ale o tym za chwilę. I oczywiście, wiele osób stwierdziło, że to czas dany nam, ludziom żyjącym w czasach wymagających pędu i pośpiechu, gonitwy za biznesem, abyśmy się zatrzymali ... i postawili na samorozwój. Wreszcie masz czas pouczyć się angielskiego, niemieckiego czy innego języka. Wreszcie masz czas na ćwiczenia z jogi, medytację w głąb siebie. Wreszcie masz czas na pogłębienie wiedzy, czy to związanej z twoim wykształceniem, czy tej, o zdobyciu której marzysz, ale nigdy nie miałeś na to czasu. Teraz jest odpowiedni do tego moment. A że musisz to realizować w domu, to właściciele kursów on-line tylko zacierają ręce. Żeby nie było, nie mam nic do kursów on-line, sama takie czasami robię i uważam, że niektóre są świetne ;) 

Nawet otworzyłam moją książkę do angielskiego, którą posiadam od czterech miesięcy. Bo jak tak wszyscy nawołują, że to ten czas na zadbanie o swój rozwój, to nie mogę być gorsza. 


Druga część Internetu nawoływała do generalnych porządków w całym mieszkaniu. A że zbieram się do takich od kilku tygodni, to może faktycznie to jest ten czas? Wypucować i schować zimowe buty, wyprać wiosenne ubrania, wysprzątać balkon, umyć okna, zrobić przegląd szafek w kuchni i wreszcie wytrzeć kurze na  regale czy zawiesić nowe firanki ...  A może by tak odmalować najbardziej brudną ścianę w kuchni...?


No i wreszcie trzeci głos Internetu. Przeczytaj wszystkie książki, które masz na regale nieprzeczytane. Czekają i czekają i wreszcie nadszedł ich czas.

Przerobiłam jedną lekcję z języka angielskiego. Powycierałam kurz na jednym regale i pięknie poukładałam książki (tak poukładałam, że nagle zrobiło się miejsce na kilka nowości :P). Zaczęłam czytać książkę.... Tyle. Dopadła mnie jakaś dziwna niemoc....


Bo moja głowa ciągle pracuje na wysokich obrotach, bo myślę, przetwarzam i robię coś, czego robić nie powinnam, ale robię... po prostu się MARTWIĘ. Już tak mam i jak się dowiedziałam z literatury, "ten typ tak ma i lepiej to zaakceptować". A ten stres nie sprzyja nauce, pracy, czytaniu.... I nagle w Internecie zobaczyłam filmik dziewczyny, która stwierdziła, że ten czas można bez wyrzutów sumienia spożytkować na odpoczynek i lenistwo. Dlaczego narzucamy sobie jakiś reżim? Może trzeba też umieć odpuścić. Jak ktoś ma ochotę, niech się uczy, niech ćwiczy, ale niech nie mówi, że to jest jedyny słuszny sposób na ten, jakby nie patrząc, trudny dla nas czas. Czy to, że pochodzę sobie dzień w piżamie, z nieumytymi włosami, bo nie muszę nigdzie pędzić, komuś zrobi coś złego? NIE. Wiadomo, nie można przesadzać, myć i ubierać się trzeba, ale bez wyrzutów sumienia można dać na luz. Można się wyspać, jak ktoś lubi spać, to dlaczego miałby nie spać? Jeżeli komuś pomoże granie w gry, niech gra. Można z nudów pomalować sobie paznokcie, zrobić kąpiel z pianą i maseczkę na twarz. Można leżeć na kanapie i oglądać telewizję, chociaż tego w ostatnim czasie nie polecam... no chyba, że filmy/seriale... Można robić setki rzeczy, które pomogą nam się odstresować, zapomnieć o tym, co się dzieje, po prostu odpoczywać w lubiany przez siebie sposób.

 
Ja po kilku dniach totalnego zrywu, wrzuciłam na luz. Coś podłubałam w rękodziele (więc zrobiłam bałagan zamiast porządków), zaczęłam gotować dwudaniowe obiady, za czym nie przepadam, ale odnalazłam w tym ten relaksujący pierwiastek, o którym mówią niektórzy. Nawet poczyniłam ciasto! Zrobiłam sporo zdjęć, takich typowo domowych, pobawiłam się światłem, które od wschodu wpada do mieszkania w słoneczny poranek.  Czerpałam przyjemność z picia kawy, jedzenia własnoręcznie zrobionego ciasta i robienia NIC. To zawsze poprawia humor. Włączyłam sobie muzykę i trochę poćwiczyłam improwizując. 


Serio, to wszystko pomaga i relaksuje. No i nie ukrywam, że w tym ciągłym stresie, który cały czas odczuwam, w związku z sytuacją panującą w kraju i na świecie, pomagają mi koty! Fotografuję je, bawimy się, przytulam je kiedy mruczą. Ksenia cały czas towarzyszy mi w kuchni, podkrada obierki  z warzyw. Jest przy tym taka śmieszna, że czasami nie da się nie uśmiechnąć. Dużo mówię do kotów, a one czasami odpowiadają, dyskutują. Uwielbiam to. 


W redukcji napięcia i stresu zdecydowanie pomaga dieta informacyjna. Wiadomo, że trzeba śledzić co się dzieje, ale uważnie dozuję sobie przyjmowane informacje. Cały dzień pracujesz nad wyciszeniem myśli, po czym włączasz program informacyjny i wszystko wraca ze zdwojoną siłą. A czasami znajomy, który panikuje i nakręca lęk też nie pomaga. Wszyscy naokoło mówią tylko o jednym. Ale robią to w różny sposób, więc unikam już osób, które mówią na jednym wdechu o wszystkich najtragiczniejszych przypadkach z całego świata... Uwierzcie takie osoby istnieją!!! A po rozmowie z kimś takim mam nerwy w strzępach. 


Teraz już widzę, że przydługi mi ten wpis wyszedł, a jeszcze tyle chciałam napisać ;) Nie będę się już nad Wami znęcać, nie wiem czy ktoś przez to w ogóle przebrnie, ale mnie to było potrzebne. Taki post terapeutyczny ;) Słowem podsumowania, chcę jeszcze napisać, to o czym wspomniałam na samym początku. Dlaczego, pomimo tego, że lubię siedzieć w domu, to siedzenie z każdym dniem męczy mnie coraz bardziej? Bo tak działa nasz mózg! Kiedy mam na coś wpływ, to ja decyduję co będę robić, siedzenie w domu jest ok. Bo to jest moja decyzja, mój sposób spędzania czasu. Ale kiedy siedzenie w domu mam jakby odgórnie narzucone, trochę bezwiednie, zaczynam się buntować. I wtedy sobie myślę, czego to ja bym nie robiła, gdybym mogła wyjść. Na pewno umówiłabym się z koleżanką na kawę, czemu nie robiłam tego częściej? Poszłabym na jakieś zakupy ciuchowe, generalnie nie cierpię chodzić po sklepach, ale akurat teraz nabrałam ochoty na zakupy! A kino, o tak do kina też bym chętnie poszła... Serio! To jest irracjonalne, ale na prawdę moja głowa tak ostatnio działa. 


Najważniejsze w przetrwaniu tego czasu, jest zrozumienie po co to robimy. Po to, żeby pomóc służbie zdrowia, która nie dźwignie takiej ilości osób chorych na oddziałach szpitalnych. Po to, aby ci, którzy nie mogą zostać w domach, muszą iść do pracy, mogli to zrobić w sposób bezpieczniejszy. Po to, aby ten koszmar skończył się szybciej niż później. I chcę w to wierzyć, że tak właśnie będzie! 


sobota, 7 września 2019

akcja sterylizacja

Jak już pisałam w poście podsumowującym miesiąc, w sierpniu Ksenia dostała swoją pierwszą rujkę. Dokładnie w trzynastym miesiącu życia. Czy to późno, czy wcześnie.... Będąc kotkiem wolnożyjącym, zapewne dostałaby dużo szybciej, więc można rzec, że to późno, jak na kocie możliwości.


Jak na nią patrzę, to i ten trzynasty miesiąc jest dla mnie za wcześnie, wszak to jeszcze kocie dziecko. Ale natura jest nieubłagana, najważniejsze jest przetrwanie gatunku, więc osobnik musi jak najszybciej wydać na świat potomstwo.


Na szczęście Ksenia jest kotem domowym i nie będzie ani rodzić, ani się męczyć kolejnymi rujami. Została poddana zabiegowi sterylizacji.


Na pewno wiele osób, uważa że jest to okaleczanie zwierzęcia. Jak patrzyłam na Kseniusię zaraz po zabiegu, wiedziałam, że się męczy po narkozie, pewnie ma jakieś zawroty głowy. Nie powiem, było mi jej żal. Ale wiem, że to dla jej dobra i zdrowia. I w sumie koniec tematu.


Dzięki temu będzie żyła w spokoju i mam nadzieję, że w zdrowiu. Mieszkałam z niewysterylizowaną kotką wiele lat i teraz wiem, że popełniliśmy błąd. Człowiek na błędach się uczy i grunt, żeby w porę wyciągał odpowiednie wnioski. Dlatego kiedy Ksenia dostała ruję, wiedziałam, że od razu zostanie poddana zabiegowi.


Na Instagramie otrzymałam wiele wiadomości, pytań, zarzutów, dlaczego tak późno, dlaczego kot nie jest jeszcze wysterylizowany i się męczy rują. Nie wchodzę w dyskusje, który lekarz ma rację. Są główne trzy teorie, co do odpowiedniego czasu na przeprowadzenie takiego zabiegu. Jedni uważają, że już trzymiesięczne kotki można sterylizować, inni mówią, że kot powinien mieć ukończone pół roku, a jeszcze inni, że kotka powinna przejść pierwszą rujkę, dojrzeć fizycznie i psychicznie, nabrać odpowiedniej masy ciała i dopiero zostać poddana zabiegowi. Nie mnie oceniać, która teoria jest najlepsza. Ja słucham mojego lekarza, jemu ufam i postępuję zgodnie z jego wytycznymi. 


Ksenia sam zabieg zniosła dobrze, chociaż wiadomo, że była zestresowana wizytami w lecznicy. Jednak okazało się, że to bardzo dzielny kotek, który nie przejawia agresji w stosunku do mnie czy personelu medycznego w gabinecie. Kiedy wróciłam z nią do domu, byłam w szoku jaka jest grzeczna. Doświadczyłam różnych zachowań kocich po narkozie i do dziś pamiętam, jak kompletnie "pijana" Pchełka namiętnie skakała po wszystkich najwyższych punktach w mieszkaniu, spadając z nich.... To była koszmarna noc z kotem szajbusem. W stosunku do tego, Ksenia okazała się aniołem. Przygotowałam się na całą noc czuwania przy kotku, ale nie było takiej potrzeby. Ksenia, głaskana przeze mnie, zasnęła o 23:00, po pierwszym delikatnym posiłku i spała aż do 3:00, kiedy to obudziły mnie dźwięki mamlania. Okazało się, że kicia walczy z plastrem od wenflona. Dostała kolejny mały posiłek i poszła spać. Spała w prowizorycznym łóżeczku zrobionym z transporterka, zaraz obok mnie. Wstałyśmy o 6:00 na kolejny posiłek. Do południa pojechałam z nią na zastrzyk przeciwbólowy i ściągnięcie wenflona. Myślałam, że po tym Ksenia zacznie normalnie się przemieszczać po domu, ale miała z tym problemy. Ubranko, które miała założone, aby chronić ranę przed drapaniem, strasznie ją paraliżowało i ograniczało ruchy. Kotka była przez to bardzo stacjonarna ;) 


A Witek? Chodził za Ksenią krok w krok. Początkowo trochę się jej bał, bo wywracała się na każdym kroku. Ale jak tylko leżała bez ruchu, podchodził, żeby ją powąchać. W nocy czuwał razem ze mną, przy okazji dostał dodatkowy posiłek w środku nocy ;) Ale także z małą pościł przed zabiegiem, więc ten dodatkowy posiłek raczej mu się należał ;) 


Mamy to wydarzenie już za sobą! Co nas bardzo cieszy. Jeżeli ktokolwiek z Was się jeszcze waha i zastanawia czy warto, to powiem krótko: ZRÓBCIE TO! Nie będę ukrywała, że początkowo może to być trudne emocjonalnie doświadczenie, ale czas szybko leci, a na kocie, zwłaszcza młodym, goi się błyskawicznie. Zdaję sobie sprawę, że Ksenia była wyjątkowo grzecznym pacjentem, ale mimo wszystko, warto zrobić to dla kota i dla siebie. Najtrudniejszy jest powrót po zabiegu, pierwsza noc i pierwszy dzień. Ja zarezerwowałam sobie urlop na ten dzień, aby na spokojnie zająć się kotkiem i poobserwować jej zachowanie. Na następny dzień po zabiegu trzeba pojawić się w lecznicy na zastrzyk i zdjęcie wenflona. Potem jeszcze dwie wizyty w celu podania antybiotyku (no chyba, że umiecie sami zrobić kotu zastrzyk ;)) i ostatnia wizyta na ściągnięcie szwów, w naszym przypadku równy tydzień po zabiegu. I to wszystko! Ksenia już bryka i nadrabia czas mniejszej aktywności po zabiegu. Cudownie widzieć ją znowu w ruchu i szczęśliwą.

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

kocie życie zależne od idiotów

W dzisiejszym wpisie miało chodzić głównie o zdjęcia. Świeże kwiaty w domu jakoś tak zmotywowały mnie do mini sesji. Przeważnie robię zdjęcia kotom spontanicznie, bo akurat coś robią, w jakiś śmieszny sposób się ustawią. 


Ale naszło mnie na pewien temat. A to za sprawą pewnej grupy na FB, w której jestem. Otóż grupa dotyczy różnych ogłoszeń dotyczących kotów w moim mieście. Ludzie wymieniają się różnymi rzeczami, sprzedają to, co nie jest im już potrzebne. Wymieniają się informacjami na temat lecznic i lekarzy. Dużą część aktywności grupy stanowią ogłoszenia typu znalezione/zaginione koty. I z jednej strony to mnie przeraża, jak wiele kotów ludziom ginie. Codziennie ktoś szuka swojego mruczka, który się wymknął z domu. Wiem, że coś takiego może się zdarzyć. Ale jeżeli bardzo, bardzo się uważa, to szansa na zgubienie kota mieszkającego w mieszkaniu jest niewielka. Wychodząc czy przychodząc nie myślę o niczym innym, jak tylko o tym, żeby kot nie uciekł. Serio! Witek ma tendencję do czmychania, żeby pozwiedzać klatkę. Ksenia na razie się boi, ale mam świadomość, że przy pierwszej rujce zew natury ją wezwie. Dlatego trzeba uważać i kota pilnować, nie ma innej rady...


W okresie letnim całą masę stanowią ogłoszenia z prośbą o przygarnięcie małych kotków, które urodziły się "gdzieś/u kogoś na wsi". Te ogłoszenia bardzo mnie smucą, denerwują i załamują. Pokazują, w jakim średniowieczu jeszcze jest polska wieś. Nikt nie sterylizuje kotek i kocurów. Bo po co. Zwierzęta od zawsze mnożyły się bez kontroli, to czemu mielibyśmy to teraz zmieniać??? Kto by kaleczył i krzywdził biedactwa? Niech żyją zgodnie z naturą! Niech się mnożą, w końcu takie prawa natury! Każdy żywy organizm się mnoży i tyle w temacie. A że małe kotki potem cierpią, to już nikogo nie obchodzi. Że giną pod kołami samochodów, wpadają w różne miejsca, z których nie mogą wyjść, umierają z głodu, bo nie wróciła do nich matka przejechana przez samochód, że umierają w ogromnych cierpieniach zabijane przez choroby, pasożyty.....Tego wszystkiego już nikt nie widzi i nie zwraca na to uwagi. W końcu takie prawa natury, że najsłabsze musi paść lub zdechnąć (tak śmierć określana jest w stosunku do zwierząt). Przecież takie prawa natury, że lis zje małego kota. Normalne, co nie? A jak już taki malec, puchaty i śliczny, jakimś cudem dożyje 5-7. tygodnia, zaczyna się żebractwo. Może ktoś się zlituje, przygarnie? W końcu nie ma nic tak rozkosznego, jak malutki kotek....


Równie mocno, o ile nie bardziej, denerwują mnie ogłoszenia w stylu "zaginął kot, nie ma go od trzech dni, a zawsze wracał". Koty wychodzące! Kolejny temat rzeka. Dodajmy, że koty wychodzące w wielkim mieście, w miejscach ruchliwych i niebezpiecznych. Co tu dużo komentować? Takich ludzi mam ochotę określać tylko w jeden sposób, no ale ponieważ istnieje szansa, że bloga czytają osoby nieletnie, to się powstrzymam. Słowa niecenzuralne zostawię dla siebie.... I znowu, kot MUSI wychodzić, bo taką ma naturę! Większej głupoty nie słyszałam. Kot w mieszkaniu jest nieszczęśliwy, natura wzywa go do przekładania terenu! A nie do spania na kanapie. Codziennie w Internecie widzę dziesiątki, jak nie setki, nieszczęśliwych kotów, które bawią się pluszowymi myszkami, zamiast polować na prawdziwe. Biedne koty jedzą suche chrupki, lub puszki zamiast polować. A ciasne mieszkania są dla nich więzieniami i miejscami tortur. Wiem, że moja ironia jest przesadzona, ale gadanie o nieszczęśliwych kotach zamkniętych w czterech ścianach to jest bajka. Codziennie widzę na FB zdjęcia zabitych przez auto kotów, często w obróżkach, mających dom, kotów które wychodziły, bo natura tak chce. One na pewno są szczęśliwe....


Jestem przeciwniczką wypuszczania kotów. Są narażone na wypadki komunikacyjne, które kończą się ich śmiercią lub trwałym kalectwem. Oprócz tego mogą ucierpieć w bójkach z innymi kotami, tymi wolnożyjącymi. Łapią pasożyty i różne choroby, są narażone na ataki innych zwierząt, jak psy czy lisy (tak, tak można spotkać lisa w mieście!). Dodatkowo to koty wypuszczane na "spacery" są szkodnikami, które polują na ptaki,chociaż wcale nie muszą, ale instynkt im każe... Czy ktoś widzi na tej liście jakieś korzyści dla kota? Bo ja nie.....


Popatrzcie na moje biedne, nieszczęśliwe kotki mieszkające w małym mieszkaniu...



Dzisiaj wracając z pracy przeczytałam ogłoszenie, powieszone na windzie. W nocy z soboty na niedzielę, około godziny 4:00-5:00, zaginął czarno-biały kot. Prawdopodobnie spadł z balkonu z siódmego piętra.... Prawdopodobnie jest ranny, ale istnieje szansa, że przeżył, bo nie znaleziono go pod blokiem!!! Kot jest płochliwy, ciężko go będzie złapać, w domu przebywał zaledwie dwa dni i nie zdążył się przyzwyczaić do nowych opiekunów. Za znalezienie kota przewidziana jest nagroda. Lokatorzy klatki, właściciele konkretnych balkonów, wymienionych w ogłoszeniu z numeru mieszkania, są proszeni o sprawdzenie czy kot przypadkiem nie spadł na ich balkon (to są wszystko informacje z ogłoszenia). Serio, jak czytam takie ogłoszenia, to myślę sobie, że miał kot pecha trafiając na takich idiotów! Wzięli kota, nie zabezpieczyli okien, można mniemać, że zostawili na noc otwarty balkon....... Całe osiedle jest rozkopane przez remont, wokół bloku są głębokie wykopy. Mogę tylko podejrzewać, że zszokowany i ranny zwierzak mógł nawet wpaść gdzieś do wykopu.... Czasami brakuje mi słów na ludzką głupotę! 

niedziela, 11 sierpnia 2019

rok z Ksenią

Ksenia! No wreszcie trzeba było o niej napisać coś więcej ;) Bo ciągle tylko zdjęcia (robię ich zdecydowanie za dużo), śmieszne historyjki, kotłowanki z Witkiem... Ale jaka jest ta nasza Ksenia? Właśnie mija dokładnie rok, jak mała jest z nami. To dobra okazja na takie podsumowanie.


Rozruszała nas, dom i Witka na maksa! Tak, ruch, to coś co określa tego kota. Zdecydowanie! Mając w domu kota emeryta, zapomniałam, ile ruchu potrzebuje taki szprot. A zachowuje się czasami, jakby tu i teraz, nagle, musiała wytracić nadmiar swojej energii. Więc biega po całym mieszkaniu, wbiega na drapak i od razu z niego zeskakuje. Wygłupia się na sofie bądź krześle, wskakuje na parapet... Żywe srebro to za mało, żeby ją opisać ;)


Chyba trafił nam się drugi kot gaduła. Dużo komentuje swoim piskliwym i jeszcze dziecięcym miauczeniem. Gada z ptaszkami przez szybę i z muchami na parapecie. Siedzi w przedpokoju i gada do mojej kurtki, bo ma fajne sznureczki. Komentuje, że zaraz będzie drapała w szafę albo że zamierza wyskoczyć na komodę. 


Uczestniczy we wszystkich czynnościach, jakie wykonuję. Prasowanie z nią to prawdziwa udręka. Prasowanie generalnie to udręka, ale z tym kotem to niezły wyczyn, bo wspina się na deskę do prasowania, bawi się kablem od żelazka... Zawsze unikałam prasowania jak tylko mogłam, tłumacząc, że nie lubię. Teraz mam wymówkę, że to niebezpieczne dla kotka ;)


Uwielbia wychodzić na balkon i jest szansa, że jak ona zajmie się balkonem, to ja zajmę się czymś w czym strasznie mi przeszkadza ;) Ogólnie siedzenie na balkonie i obserwowanie ptaszków to jej ulubione zajęcie. Na balkonie jest dosyć grzeczna, myślałam, że będzie testowała wytrzymałość siatki, ale jak na razie nie wisiała jeszcze na niej. Jednak muszę jej pilnować, bo głuptasek jeszcze nie wie, że od pszczół i innych tego typu owadów lepiej trzymać się z daleka. 


Łazienka! To chyba drugie miejsce, w którym Ksenia lubi spędzać czas. Najlepiej ze mną oczywiście. Rano, kiedy maluję się, przesiaduje w wannie. W tym czasie Witek także siedzi w łazience, więc obstawę mam dobrą ;) Kąpiel bez niej jest niemożliwa, ona po prostu musi mi towarzyszyć. Fascynuje ją piana w wannie lub lejąca się woda z prysznica. Czasami zamoczy łapkę, żeby wiedzieć co i jak. 


Generalnie jest bardzo śmieszna i bawi mnie na każdym kroku. Ale jest jedna rzecz, której nie mogę jej oduczyć i która denerwuje mnie niesamowicie. Mianowicie Ksenia uważa suszarkę na pranie za najlepszy na świecie plac zabaw! Myślałam, że z czasem z tego wyrośnie, ale ona rośnie i rośnie, czas płynie, a stosunek do suszarki się nie zmienia.... Ktoś ma jakiś pomysł, żeby tego dziada zniechęcić do akrobacji na suszarce????



Ksenia to ogromny miziak. I to w niej uwielbiam! Nie ma dnia, żeby nie przyszła do mnie na mizianie i tulenie. Czasami kładzie mi się na klatce piersiowej, jak wtedy, kiedy była całkiem malutka. Przychodzi na kolana i kładzie się do spania. Zdarza się, że przychodzi do mnie w nocy i śpi zaraz obok mojej twarzy (nie muszę chyba dodawać, że przy okazji zajmuje prawie całą moją poduszkę...). Uwielbia się pchać pod kołdrę lub koc i lubi spać pod przykryciem, jednocześnie nie uważając, że tak jest za gorąco ;)


Życie z małym kotem jest trudne, chociaż wydaje mi się, że największy trud mamy już za sobą. Musiałam zrezygnować z zasłon i niektórych firanek, bo mała notorycznie na nich wisiała. Powoli będę wprowadzała zasłony, bo wydaje mi się, że z tego zachowania wyrosła.... Taką mam nadzieję ;) 


Na pewno opieka nad małym kotem jest wymagająca i trudna, ale warta zachodu. Nikt tak nas nie pokocha, jak to kochane stworzonko ;) Trzeba uważać, co się zostawia na wierzchu, żeby kotek w coś się nie zaplątał lub nie zjadł czegoś nieodpowiedniego. Trzeba się liczyć z tym, że maluch może coś podrapać i zniszczyć. Trzeba mieć więcej czasu i uwagi niż dla starszego kota, bo kocie dziecko potrzebuje dużo zabawy. 

Ksenia czasami kręci noskiem podczas jedzenia. Dokładnie to wybrzydza w chrupkach! Lubi puszeczki, ale chciałabym, żeby jadła też chrupki. Ostatnio ma fazę na jedzenie z mojej ręki, wtedy chrupki bardziej jej smakują. Ale nie jest to regułą.... Natomiast mokre jedzenie wcina bez żadnych problemów, co bardzo mnie cieszy.


Jak była całkiem malutka, najgorsze były noce, bo mała nie spała, chciała się bawić i kombinowała. Na szczęście z tego też już wyrosła. Prawie jak z dziećmi, bo przychodzi taki czas... ;) że kotek zjada kolację i idzie spać. Oczywiście nie jest to regułą, ale przeważnie tak właśnie jest. Widzi, że wszyscy, nawet Witek, idą spać, jest ciemno i robi się cicho, więc i ona idzie spać. Układa się w gniazdku na drapaku i przesypia przynajmniej do 4:00 czasami do 5:00. Są takie poranki, że razem z Witkiem dokazują, ale przeważnie wstaje, idzie na parapet i obserwuje sobie poranne życie osiedla. Prawda, że grzeczny koteczek?


Ksenia bezgranicznie ufa człowiekowi. Nigdy nie zaznała z naszej strony zła i krzywdy, nie pamięta, że była bezdomna. Możliwe, że bardzo krótko tułała się samotnie. Co tu dużo mówić, jesteśmy dla niej całym światem. Kiedy bierzemy ją na ręce, nie wyrywa się, nie drapie, po prostu cierpliwie czeka, aż się ją wypuści, aby mogła pobiec do swoich ważnych spraw ;) Na rękach jest wyluzowana, wygłupia się i od razu zaczyna mruczeć.


Chyba tyle, bo znowu się rozpisałam ;)