Pokazywanie postów oznaczonych etykietą u lekarza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą u lekarza. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 września 2021

kocia sobota

W piątek byłem u Pana Doktora na badaniach. Takich kontrolnych, żeby sprawdzić czy u mnie wszystko dobrze. Jak ja tego nie lubię, to nawet nie macie pojęcia! Ale, że w aucie jechałem z Tosią, która darła japę, to ja musiałem zachować fason. Siedziałem cicho.


W gabinecie już tak wesoło nie było. Tośka poszła na pierwszy ogień i zachowywała się w stosunku do Pana Doktora pokojowo, więc zawiesiła poprzeczkę dosyć wysoko. Ja tam przy oddawaniu krwi taki spokojny nie jestem, więc Pan Doktor się nie patyczkował i na dzień dobry wpakował mnie w kaftan dla niegrzecznych pacjentów. Moje zachowanie w gabinecie wypadło słabo w porównaniu z Tośką, ale żeby nie było, że taki jestem do niczego, to powiem Wam, że krew oddawałem szybciej ;) Raz dwa i fiolka była pełna, a Tośka oddawała po kropelce... No więc jakieś zalety jednak mam. 

W drodze powrotnej też siedziałem cicho i Tośka o dziwo też, ale jak tylko wysiadła, to ja postanowiłem się wyżalić całemu światu, a przynajmniej matce, która musiała słuchać mojego zawodzenia. Żaliłem się okrutnie, dobrze, że droga była krótka, bo nie wiem czy by matka dłużej moje zawodzenie zniosła ;)

Najlepsza wiadomość jest taka, że obydwoje z Tosią jesteśmy zdrowi! Mnie już nie będą męczyć, a Tosi będą czyścić ząbki. Nic tak matki nie ucieszyło, jak moje dobre wyniki. Stary, ale jary, joł!!!!



 

niedziela, 18 października 2020

kocia sobota

Niby moje wpisy to seria "kocia sobota", ale wiadomo, że dla kota, każdy dzień to sobota ;) Nawet się ze sobą ładnie rymuje! Więc dzisiaj Wam opowiem w ramach kociej soboty o kocim wtorku. Bo działo się!

  
Otóż zaczęło się od głodzenia kotka! Wiadomo, że jak matka ma wolne, to śniadanie jest później, ale już coś czułem, że tego śniadania w ogóle może nie być. Wiecie, za stary jestem, żeby nie wyczuć ;) Matka przy drzwiach postawiła kocią paczkę, tak zwany transporter, a ja się do niego sam, przez nikogo nie zmuszany, wpakowałem i nagle drzwiczki się za mną zamknęły. Ja nie z tych, co to na widok klatki uciekają, bo ja na co dzień w paczce  śpię i w sumie to najlepsze spanko na świecie. Ale jak już się drzwiczki za mną zamknęły, to już wiedziałem, że wpadłem jak kot w tarapaty... Wiem, że takiego powiedzenia nie ma, ale kto mi zabroni stworzyć! 
 

Mam swoją godność, więc nie robiłem tragedii, nie płakałem, nie próbowałem wywarzać drzwiczek, bo wiem, że to nie ma sensu. Zbierałem siły na walkę... Poza tym w drodze, podczas ogromnego deszczu, byłem bardzo zainteresowany latającymi po szybie auta wycieraczkami. To zajmujące zajęcie, uwierzcie!
 

 
Kiedy wylądowałem poza paczką, na zimnym stole Pani Doktor już wiedziałem, że mam przerąbane. Naszykowała maszynkę do golenia, igły, gumowe sznury, czyli same narzędzia tortur. Chciała mi pobrać krew po dobroci, ale oczywiście się nie dałem. Walczyłem dzielnie i nawet przez chwilę myślałem, że zwyciężyłem i Pani Doktor uciekła w popłochu, ale się myliłem. Pani Doktor przyniosła posiłki, czyli torbę dla niegrzecznych pacjentów! Taka zniewaga! I jeszcze coś komentowała, że kaftan w rozmiarze XL! Oczywiście w owym kaftanie próbowałem jeszcze zawalczyć o swoją godność, jednak, krew została mi zabrana, trochę Panią Doktor na ostatniej prostej oblałem tą krwią, ale ponoć do badania wystarczy.... W drodze powrotnej się żaliłem, no ale wiecie, kiedyś te emocje wyrzucić z siebie trzeba.
 
Mama twierdzi, że przegląd kotka w moim wieku trzeba robić regularnie. Więc pamiętajcie, żeby swoje kotki też raz w roku zabierać na badania krwi. No muszę się pochwalić, bo to podobno powód do dumy, ale wyniki wszystkie mam w normie. Bardzo się ucieszyłem, bo ostatnio jak nie były w normie, to mnie kurna szpikowali zastrzykami i tabletami, więc odetchnąłem z ulgą. Jednak mój spokój i zadowolenie nie trwały długo, bo okazało się, że dobre wyniki badań to tylko preludium do dalszego męczenia kotka! 

Na następny dzień matka głodziła mnie jeszcze dłużej, więc się zorientowałem, że coś jednak jest nie tak. Zabrała mnie znowu do lecznicy i żarty się skończyły. Spacyfikowali mnie raz dwa i wyczyścili zęby.... Podobno teraz mam super świeży oddech, czyste, białe ząbki, a że żadnego mi nie usunęli, więc jeszcze nie zaliczam się do szczerbatych kocich seniorów. Szacun dla mnie poproszę!  Po zabiegu byłem trochę oszołomiony, ale nawet grzeczny.
 


 
Podobno w nocy byłem bardzo niegrzeczny całą noc drapałem w drzwi wejściowe, wisiałem na klamce. No ale ja niczego nie pamiętam, do niczego się nie przyznaję, niczego nie żałuję i jestem niewinny!


sobota, 7 września 2019

akcja sterylizacja

Jak już pisałam w poście podsumowującym miesiąc, w sierpniu Ksenia dostała swoją pierwszą rujkę. Dokładnie w trzynastym miesiącu życia. Czy to późno, czy wcześnie.... Będąc kotkiem wolnożyjącym, zapewne dostałaby dużo szybciej, więc można rzec, że to późno, jak na kocie możliwości.


Jak na nią patrzę, to i ten trzynasty miesiąc jest dla mnie za wcześnie, wszak to jeszcze kocie dziecko. Ale natura jest nieubłagana, najważniejsze jest przetrwanie gatunku, więc osobnik musi jak najszybciej wydać na świat potomstwo.


Na szczęście Ksenia jest kotem domowym i nie będzie ani rodzić, ani się męczyć kolejnymi rujami. Została poddana zabiegowi sterylizacji.


Na pewno wiele osób, uważa że jest to okaleczanie zwierzęcia. Jak patrzyłam na Kseniusię zaraz po zabiegu, wiedziałam, że się męczy po narkozie, pewnie ma jakieś zawroty głowy. Nie powiem, było mi jej żal. Ale wiem, że to dla jej dobra i zdrowia. I w sumie koniec tematu.


Dzięki temu będzie żyła w spokoju i mam nadzieję, że w zdrowiu. Mieszkałam z niewysterylizowaną kotką wiele lat i teraz wiem, że popełniliśmy błąd. Człowiek na błędach się uczy i grunt, żeby w porę wyciągał odpowiednie wnioski. Dlatego kiedy Ksenia dostała ruję, wiedziałam, że od razu zostanie poddana zabiegowi.


Na Instagramie otrzymałam wiele wiadomości, pytań, zarzutów, dlaczego tak późno, dlaczego kot nie jest jeszcze wysterylizowany i się męczy rują. Nie wchodzę w dyskusje, który lekarz ma rację. Są główne trzy teorie, co do odpowiedniego czasu na przeprowadzenie takiego zabiegu. Jedni uważają, że już trzymiesięczne kotki można sterylizować, inni mówią, że kot powinien mieć ukończone pół roku, a jeszcze inni, że kotka powinna przejść pierwszą rujkę, dojrzeć fizycznie i psychicznie, nabrać odpowiedniej masy ciała i dopiero zostać poddana zabiegowi. Nie mnie oceniać, która teoria jest najlepsza. Ja słucham mojego lekarza, jemu ufam i postępuję zgodnie z jego wytycznymi. 


Ksenia sam zabieg zniosła dobrze, chociaż wiadomo, że była zestresowana wizytami w lecznicy. Jednak okazało się, że to bardzo dzielny kotek, który nie przejawia agresji w stosunku do mnie czy personelu medycznego w gabinecie. Kiedy wróciłam z nią do domu, byłam w szoku jaka jest grzeczna. Doświadczyłam różnych zachowań kocich po narkozie i do dziś pamiętam, jak kompletnie "pijana" Pchełka namiętnie skakała po wszystkich najwyższych punktach w mieszkaniu, spadając z nich.... To była koszmarna noc z kotem szajbusem. W stosunku do tego, Ksenia okazała się aniołem. Przygotowałam się na całą noc czuwania przy kotku, ale nie było takiej potrzeby. Ksenia, głaskana przeze mnie, zasnęła o 23:00, po pierwszym delikatnym posiłku i spała aż do 3:00, kiedy to obudziły mnie dźwięki mamlania. Okazało się, że kicia walczy z plastrem od wenflona. Dostała kolejny mały posiłek i poszła spać. Spała w prowizorycznym łóżeczku zrobionym z transporterka, zaraz obok mnie. Wstałyśmy o 6:00 na kolejny posiłek. Do południa pojechałam z nią na zastrzyk przeciwbólowy i ściągnięcie wenflona. Myślałam, że po tym Ksenia zacznie normalnie się przemieszczać po domu, ale miała z tym problemy. Ubranko, które miała założone, aby chronić ranę przed drapaniem, strasznie ją paraliżowało i ograniczało ruchy. Kotka była przez to bardzo stacjonarna ;) 


A Witek? Chodził za Ksenią krok w krok. Początkowo trochę się jej bał, bo wywracała się na każdym kroku. Ale jak tylko leżała bez ruchu, podchodził, żeby ją powąchać. W nocy czuwał razem ze mną, przy okazji dostał dodatkowy posiłek w środku nocy ;) Ale także z małą pościł przed zabiegiem, więc ten dodatkowy posiłek raczej mu się należał ;) 


Mamy to wydarzenie już za sobą! Co nas bardzo cieszy. Jeżeli ktokolwiek z Was się jeszcze waha i zastanawia czy warto, to powiem krótko: ZRÓBCIE TO! Nie będę ukrywała, że początkowo może to być trudne emocjonalnie doświadczenie, ale czas szybko leci, a na kocie, zwłaszcza młodym, goi się błyskawicznie. Zdaję sobie sprawę, że Ksenia była wyjątkowo grzecznym pacjentem, ale mimo wszystko, warto zrobić to dla kota i dla siebie. Najtrudniejszy jest powrót po zabiegu, pierwsza noc i pierwszy dzień. Ja zarezerwowałam sobie urlop na ten dzień, aby na spokojnie zająć się kotkiem i poobserwować jej zachowanie. Na następny dzień po zabiegu trzeba pojawić się w lecznicy na zastrzyk i zdjęcie wenflona. Potem jeszcze dwie wizyty w celu podania antybiotyku (no chyba, że umiecie sami zrobić kotu zastrzyk ;)) i ostatnia wizyta na ściągnięcie szwów, w naszym przypadku równy tydzień po zabiegu. I to wszystko! Ksenia już bryka i nadrabia czas mniejszej aktywności po zabiegu. Cudownie widzieć ją znowu w ruchu i szczęśliwą.

 

wtorek, 3 września 2019

w dniu zabiegu

Tego dnia słońce wzeszło, jak zwykle. Jak mawia Pańcia, piękny malowniczy wschód... Ja się nie znam, w każdym razie nic nie zapowiadało tragedii!



Poszliśmy z Matką do łazienki. Dzień jak co dzień. A potem do kuchni. Pańcia się pokręciła i poszła się ubierać. A zawsze w tym momencie dawała nam jeść! Coś było nie tak! Gdzie podziały się nasze miski? Dlaczego je schowała????



Kiedy Matka wróciła, wysłałem komunikat niewerbalny. Sami zobaczcie, od razu po moich oczach widać, że kotek głodny nieziemsko! Prawda? A kto jak kto, Matka potrafi odczytywać niewerbalne sygnały. Co prawda twierdzi, że się nie da na nie nabrać, ale wie o co chodzi. Natomiast wsparcia w gówniaku nie miałem, ona nigdy nie jest aż tak zdesperowana w pozyskiwaniu jedzenia... 

Kiedy zobaczyłem, że sygnały niewerbalne nic a nic nie działają, postawiłem na komunikat werbalny, czyli wszcząłem regularny opieprz! Nagadałem Matce, żeby natychmiast napełniła miski!


Kiedy Matka zaczęła opuszczać naszą bazę, doszedłem do wniosku, że  kompletnie zdurniała! Wyszła z domu zapominając dać nam śniadanie!!!! Takie coś jeszcze nigdy nie miało miejsca!!! Jak ona mogła? Może gdybym miał wsparcie, coś bym wskórał? Ale gówniak szybko odpuszcza takie akcje i godzi się z losem. Zero żyłki waleczności!


Z resztą,  o czym my tu mówimy? Sami popatrzcie, już na pierwszy rzut oka widać, że nadmiarem rozumu toż to nie grzeszy!


Kiedy Matka wróciła, szybciej niż normalnie, zapodałem focha. Mam swoją godność i ze zdrajcami nie gadam! Ale kiedy wyciągnęła transporter i powiedziała do gówniaka, żeby się pakowała, nie miałem ani chwili zawahania. Zapakowałem się i rozpocząłem strajk okupacyjny! Wiedziałem, że jak wyjdą, to będę czekał na śniadanie aż do kolacji. Kurła, na to pozwolić nie mogłem!!!


Nie żartuję! Dasz chrupki, będziesz miała transporter! 


I o dziwo poskutkowało! Matka dała kilka chrupek, a gówniaka szybko wpakowała do transportera. Czyli od samego początku chodziło o burą przybłędę! A ja solidarnie musiałem głodować razem z nią.... Ktoś mi powie gdzie tu logika? Gdzie tu sens? I niby ludzie gatunek myślący? Phiiiiii  

Ale szczerze Wam wyznam, że jak Matka wróciła bez gówniaka, to trochę się zmartwiłem... Narzekam na tego wariata, ale już się do niej przyzwyczaiłem i trochę posmutniałem, że jej już z nami nie ma...


Ale wieczorem okazało się, że szprotek wrócił do nas, chociaż w dziwnym stanie. Na kilometr czuć było, że wróciła od lekarza... Przydżumiona, przewracała się, przyznaję, że trochę się dygałem tego jej stanu....


Biedna była tak naszprycowana, że musiała się podpierać ściany. 


No nie powiem, przejąłem się! Gówniak był strasznie do siebie nie podobny! Bez biegania, szaleństwa i zaczepiania mnie! 


Zmartwiłem się, bo w ogóle nie wychodziła ze swojego legowiska, Matka ją przenosiła, wsadzała do kuwety i nosiła jedzenie do pokoju, bo burek nawet nie dał rady przyjść do kuchni. 

 



W kolejnych dniach było już troszkę lepiej i mam nadzieję, że gówniak dojdzie do siebie, bo nie mam się z kim gonić i z kim bić! Przecież nie będę lał szprota w kubraczku pooperacyjnym! No mam swoje zasady ;)


środa, 6 marca 2019

koci....trądzik

Brzmi niewiarygodnie, ale potwierdzam. Istnieje! Oczywiście przerabiamy to z Dyziem. Z tym kotem przejdziemy przez wszystkie niewiarygodne kocie choroby.... Dyziu miewa takie dziwne czarne kropki na brodzie. Sprawiają wrażenie, jakby się łuszczyły. Nie przywiązywaliśmy do nich uwagi, aż do czasu, kiedy Dyziu miał całą brodę czarną, jakby się uderzył i miał krwiaka. Coś takiego wydarzyło się u niego już dwa razy. O ile za pierwszym razem byliśmy pewni, że "kaciała" spadł z drapaka, o tyle za drugim razem troszkę nas to zaniepokoiło. Przy okazji szczepienia, na które wybraliśmy się tydzień temu, pokazaliśmy brodę Dyzia lekarzowi. I właśnie On stwierdził, że to koci trądzik. Dał maść, do stosowania na wysypkę....


Koci trądzik u Dyzia ma związek z pracą jego gruczołów łojowych, ale także ma na niego wpływ higiena wokół pyszczka. Jest to miejsce, gdzie pozostają resztki jedzenia, co sprzyja rozwijaniu się trądziku. Występowaniu tego schorzenia całkowicie zapobiec się nie da. Jednak możemy zadbać o czystość kociej miski, co pozwoli na ograniczenie ilości występujących bakterii wokół kota. Plastikowe miski najlepiej zastąpić metalowymi, ceramicznymi lub szklanymi. Na plastiku, w toku użytkowania, powstają zarysowania, w których bakterie świetnie się czują. Miski powinny być zawsze czyste i umyte po każdym posiłku, także miska na wodę powinna być myta. Jeżeli kot niezbyt dobrze radzi sobie z higieną pyszczka i zauważamy, że ma tę okolicę ciągle niedomytą, pomóżmy mu. Wystarczy wacik oraz sól fizjologiczna i gotowe ;) 

Jesteśmy bogatsi o kolejne kocie doświadczenie! A swoją drogą, nasza Ksenia średnio radzi sobie z higieną pyszczka. Nie wiem czy wynika to z jej wieku, czy z jej temperamentu (ma ważniejsze sprawy od umycia gęby!). W każdym razie często pomagam jej w domyciu nosa albo oczu ;) Ostatnio nasza księżniczka wreszcie zakumała, po co leży na oknie koci materacyk. Przez wiele tygodni siedziała obok niego, aż wreszcie zrozumiała, że to pod jej szanowną dupkę...


czwartek, 17 maja 2018

pacjent Dyziu

Wczoraj byliśmy na wizycie kontrolnej. Wszystko przebiega dobrze i oby tak dalej...


Dyziu przez najbliższe 10 dni będzie przyjmować antybiotyk w formie tabletki. Na szczęście nie robi cyrku przy wpychaniu tablety ;)


Za tydzień kolejna wizyta kontrolna, a za trzy tygodnie ściąganie szwów. Do tego czasu Dyziu będzie chodził w ubranku, żeby sobie nie majstrował przy szwach.


Kupując ubranko nie mogłam sobie odmówić tego różu :D 


Najważniejsze, że ubranko chroni ranę.


Nasi wierni Czytelnicy zapewne pamiętają, że Dyziu miał już w swoim życiu epizod z ubrankiem.

TUTAJ nosił białe, natomiast TUTAJ występował w różowym ;)

 
Dziękujemy Wam za trzymanie kciuków i dobre słowo. Będzie dobrze, mocno w to wierzę! Dyniu trzyma się ode mnie z daleka, bo kojarzy mnie z wyjazdami do weterynarza. Ale przychodzi zrobić "baranki", więc chyba troszkę jeszcze mnie kocha ;)

wtorek, 15 maja 2018

i po operacji

Dyziu jest już po operacji usunięcia guza. 

Jak pisałam Wam w lutym (tutaj), u Dyzia pojawił się na grzbiecie mały guzek. Lekarz stwierdził, że to tłuszczak. W przeciągu trzech miesięcy guzek bardzo się powiększył i poszliśmy skonsultować, co dalej z tym robić. Pani Doktor stwierdziła, że nie ma na co czekać, trzeba wyciąć. Wycięli z dużym zapasem i guzek poszedł do badań histopatologicznych. Wyniki za trzy tygodnie.

Dyziu był lekko oszołomiony, kiedy go odbieraliśmy.


Aktualnie jest na środkach przeciwbólowych, został nawodniony kroplówką i dostał antybiotyk. Jutro jedziemy na kontrolę, dostanie lek przeciwbólowy i wyciągną mu wenflon. 


Dyziu ranę ma zaklejoną opatrunkiem, ale żeby nic koło tego nie kombinował, trzeba mu przyszykować jakieś ubranko.  

Po powrocie do domu był jeszcze mocno oszołomiony. Chodził, miauczał i się pokładał. Najbardziej cieszyła się Ada, że kotek wrócił. Podobno rano strasznie przeżywała, że spakowali i wywieźli Dyzia, do tego stopnia, że nawet nie przywitała mojego Taty... Zwierzaki jednak przeżywają takie sytuacje po swojemu... 


Panie w lecznicy chwaliły Dyzia, że był wzorowym pacjentem. Mam nadzieję, że dzisiaj w nocy także będzie grzeczny i nie będzie majstrował przy zabandażowanej łapce... A ja udałam się do Pepco w celu nabycia jakiegoś niemowlęcego ubranka, które nadałoby się na kocie wdzianko w celu ochrony opatrunku....

piątek, 20 kwietnia 2018

manewry bojowe

Zaraz po świętach okazało się, że Witek znowu ma problemy z pęcherzem. Biegał do kuwety i próbował sikać także poza kuwetą. Pani Doktor zapodała dwa zastrzyki, po których było zdecydowanie lepiej. Potem już był antybiotyk w tabletkach. Witek za tym nie przepada, ale też nie robi zbędnych scen, więc szybko wpychałam mu tabletę głęboko do gardła ;)

Po skończonym leczeniu Pani Doktor zaleciła złapanie moczu do badania. Nasi stali Czytelnicy pewnie pamiętają, że w przypadku Witka nie jest to takie proste (tutaj).... Ale tym razem postanowiłam jeszcze lepiej się do tego przygotować ;)


Zakupiłam specjalny zestaw do łapania moczu! Już wiem, że do pustej kuwety Witek nie nasika, więc postanowiłam przetestować specjalny żwirek.

URICAT - podłoże do pobierania próbek moczu od kotów
Zestaw zawiera 400ml granulek, pipetę oraz probówkę. Cena w osiedlowym sklepie zoologicznym to 13,99zł. 

Działania bojowe wymagają wzięcia w pracy urlopu ;) Przynajmniej w naszym przypadku.


Instrukcja zastosowania podłoża:
  • kuwetę kota należy dokładnie umyć i wypłukać w dużej ilości wody, tak aby usunąć z niej resztki detergentów. Następnie trzeba ją osuszyć przy pomocy ściereczki, papierowego ręcznika lub papieru toaletowego. ( Ja dodatkowo przelałam jeszcze kuwetę wrzątkiem)

  • do przygotowanej kuwety można wsypać podłoże Uricat

  • kał i inne substancje powinny zostać natychmiast usunięte ponieważ mogą zanieczyścić próbkę moczu
  • próbkę moczu należy pobrać jak najszybciej, korzystając z pipety zawartej w zestawie. W tym celu ściśnij pipetę pobierając próbkę z przechylonej kuwety. Pobrany materiał dostarcz lekarzowi (na to akurat bym nie wpadła :P)

  • do jednorazowego badania potrzebne jest około 2 ml moczu. Jedno opakowanie Uricat powinno wystarczyć na zebranie 7 z 10 ml, które oddaje kot.
  • w sytuacji gdy kot nie chce się załatwić do kuwety z podłożem Uricat, należy wsypać odrobinę zwykłego podłoża do rogu kuwety. W takim wypadku podczas pobierania próbki trzeba zwrócić szczególną uwagę by mocz nie uległ zanieczyszczeniu.
Należy pamiętać, aby schować pozostałe kuwety, to wcale nie jest oczywiste ;) Ja dla pewności schowałam także wszystkie moje buty. Wiadomo, że wnerwiony kot z pełnym pęcherzem jest zdolny do różnych zachowań. Ja już przerabiałam łapanie moczu, które skończyło się nalaniem (z taką precyzją, jak nie wiem co!) do mojego buta. Dziś jestem bogatsza o to cenne doświadczenie ;)

Wybiła godzina 9:00.... Kuweta gotowa, zaczyna się czekanie.


Dla pewności w aptece zakupiłam jeszcze jałowy pojemniczek na mocz. Koszt to 1zł.


Wieści z frontu:

9:10 - kot wszedł jedną łapką do kuwety, coś burknął pod nosem i poszedł.....

Ona serio myśli, że ja się na to nabiorę???????
9:20 - a czemu ta kuweta jest na balkonie??? Oddawaj moją kuwetę!!!!!!!


Poszedł spać.

11:20 - kot zgłodniał. Wstał, poszedł do kuchni i zaczęło się żebranie o jedzenie. Dostał kilka chrupek, powąchał kuwetę, posmędził i poszedł spać.


14:00 - jemy obiad. Kot też przylazł na posiłek. Grzebnął w kuwecie, ale głośno skomentował zmianę żwirku. Bardzo mu się ta zmiana nie podoba. Następnie usiadł w miejscu, gdzie zawsze stoi kuweta zakryta i zaczął narzekać, że jej tam nie ma. Oczywiście chodzę krok w krok za kotem, bo widzę, że coś mu się chce.... P. mówi, że jak będę chodziła jak cień za kotem, to on nie siknie... Ale ja mam obawy, że gdzieś się wyleje poza kuwetą. Czas się kurczy..... Mocz można przywieźć do 18:00....

Zapomnij!!! Nie będę sikał do plastikowego żwirku!!!!!!!




17:30 - kot już mocno poirytowany. Ja nie mniej. Wreszcie grzebie ostro w kuwecie! No, super, od razu pomyślałam, że jeszcze zdążę przed 18:00 do lecznicy..... Jednak nie...rozmyślił się!!!!!


I poszedł spać. Po prostu poszedł spać. I spał słodko jak zabity.


20:30 - Lecznica już zamknięta. Ale ja się nie poddaję i nadal nie dałam mu normalnej kuwety. Już mi nie zależy, przetrzymam dziada chociażby do rana!

P: Że też on może tak spokojnie spać z pełnym pęcherzem....

Hmmm no właśnie. A może wcale go nie ciśnie??????????????  Dałam mu trochę mięska z puszki i podlałam sowicie wodą. Zjadł i wylizał "sosik". No i taki najedzony poszedł spać ;)


23:00 -  w domu rozlega się grzebanie. Grzebie i grzebie, po czym słychać jak ciurkiem leje się MOCZ :D  Wreszcie wygrałam tę nierówną walkę! Trochę po czasie, ale co tam. Smak zwycięstwa jest nie do opisania ;) Od razu w ruch poszła pipeta, a pojemniczek powędrował do lodówki. Dzisiaj rano trafił do lecznicy i teraz czekamy na wyniki. Oby się okazało, że wszystko jest dobrze!

Witek musiał oczywiście nadzorować pobieranie materiału do badania ;) Nic o kocie bez kota!



Polecam ten produkt każdemu, kto ma problemy ze złapaniem kociego moczu. Niech moc będzie z Wami ;)